Przejdź do głównej zawartości

Posty

O gwiazdce

 Dziś kolejny wpis z cyklu sentymentalnego, czyli moje ukochane książeczki dzieciństwa i wczesnej młodości. Gwiazdkę z nieba dostałam w darze, jak to bywa zazwyczaj z gwiazdkami. Była formą przekupstwa. Nie pamiętam już niestety za co, pamiętam natomiast od kogo. Ta sama osoba, przyszywana ciocia, podarowała mi jeszcze pomidorka solniczkę (w zeszłym roku się potłukł, a raczej plastik się rozleciał, miał swoje lata i co roku wędrował do koszyczka ze święconką) oraz psią orkiestrę, która dumnie pręży się na parapecie (były kiedyś takie ceramiczne temperówki). Ale to wszystko to historie na zupełnie inną opowieść, bo dziś ma być przecież słów kilka o książce węgierskiej pisarki Evy Balazs. Z węgierskiego przełożył Tadeusz Olszański, a zilustrował Zdzisław Witwicki. Na temat autorki nie udało mi się niestety nic znaleźć w języku polskim, a węgierskiego aż tak dobrze nie znam, a google też sobie nie poradził. O czym jest książeczka? O tym, co małe dziewczynki lubią najbardziej :) o...

Czym Mikołaj pod choinkę uraczył Emilkę :)

W tym roku skapnęły mi się dwie niezwykłe książki. Obie na swój sposób magiczne. Spod świątecznego drzewka wyciągnęłam wielką, ciężką "cegłę" w twardej oprawie. Cała poświęcona jest "mamie" Muminka :) Na biografię Tove Jansson miałam ochotę odkąd się u nas ukazała. No i proszę, dobry Mikołaj spełnił życzenie :) Czytam z zapartym tchem. Jak skończę to coś napiszę (w międzyczasie może nadrobię inne zaległości w recenzowaniu). A druga książka przywędrowała do mnie wcześniej, już w piątek. Jest to zbiór Pejzaż Świąteczny, powstałych na konkurs, na opowiadanie wigilijne, ogłoszony na blogu Magdaleny Kordel . Czasu nie było wiele, ale jakimś cudem udało mi się je skończyć na czas i wysłać. Nie zostało wybrane najlepszym opowiadaniem, mimo to i tak czuję, że wygrałam. Po pierwsze skończyłam, nie porzuciłam w połowie, nie zostawiłam na później. Po drugie - trzymam w łapkach książkę, dowód, że można. Wszyscy którzy brali udział w zabawie zasługują na gratulacje :)

Tam, gdzie kres wspomnień...

Siedzę i zastanawiam się, jak zacząć opis dwóch kolejnych książek. Patrzę na tytuł wpisu i umiarkowanie zadowolona mruczę sobie pod nosem, że całkiem on przyzwoity. Kres wspomnień. Kresy. Miejsce za wschodnią granicą, które kiedyś było częścią Polski, ale historia potoczyła się tak, a nie inaczej. Niektórzy mówią, że historia kołem się toczy i tęsknie spoglądają na ziemie utracone, na Lwów i Wilno. Prawda jest jednak taka, że to już nie wróci. Wprawdzie miasta pozostały, ale zagładzie uległa kultura, ludzie się rozproszyli i tych "miast" już nie ma i nigdy nie będzie. Oba miasta są piękne. Będąc w Wilnie z zachwytem obchodziłam stare miasto i wzdychałam nad jego urodą, nad architekturą, nad polskością. Ale byłam tam turystką, nawet przez chwilę nie czułam się, jak u siebie. Bo to nie moje miasto, nie moich przodków. Mój jest Wrocław ;) Po Lawendowy Pył trzech autorek, trzech kobiet - matki, babci i wnuczki - Danuty Marcinkowskiej, Ewy Marcinkowskiej - Schmidt i Klaudyny Schm...

Książki, które kocham, bohaterki, których nienawidzę cz.II - Nadzieja

Życie nie jest usłane różami. Któż nie zna tej sentencji? Życie Liliany, kolejnej bohaterki książki Katarzyny Michalak to pasmo cierpień i nieszczęść. Gdy ją poznajemy ma sześć lat i wielki smutek w sercu. Powoli poznajemy losy Liliany i wraz z nią zaprzyjaźniamy się z odrzuconym przez rówieśników chłopcem. Chłopcem, który tak, jak ona odczuwa samotność i wyobcowanie. Aleksiej, bo tak ma na imię drugi bohater książki, pochodzi z Rosji, jego rodzice zginęli w Czarnobylu, a on sam dostał się pod opiekę ciotki w Polsce. Ciotka, jest dla Aleksjieja tym, czym dla Liliany... no właśnie, dziewczynka nie ma nikogo życzliwego obok siebie. Aż do momentu, gdy znajduje w lesie rannego chłopca pozostaje sama. Mieszka z ojcem oraz macochą i jej córką. Lecz ta książka to nie bajka, gdzie zła macocha przejmuje władzę nad biednym ojcem i znęca się nad dziewczynką. O, nie, gdyby to była bajka, można by było liczyć na szczęśliwe zakończenie. Ale to nie bajka, a macocha nie maltretuje dziecka, po p...

Książki, które kocham, bohaterki, których nienawidzę cz. I

Może trochę przesadziłam z tymi skrajnymi emocjami, ale coś w tym jest. W minione lato postanowiłam zapoznać się bliżej z polską, kobiecą literaturą. W tym celu udałam się do biblioteki i zaczęłam po kolei wypożyczać książki pisane przez kobiety dla kobiet. Ponieważ miałam już za sobą Rozlewisko Kalicińskiej w trzech tomach, to stwierdziłam, że chyba większa krzywda mi się nie stanie. Ups. Wpadłam. Niektóre z autorek odrzuciłam po pierwszej lekturze, a co do innych stwierdziłam, że nie tylko można je czytać ale i można to robić z przyjemnością. Te, które w jakikolwiek sposób mnie wciągnęły do swojego świata na pewno znajdą na tym blogu miejsce na krótką recenzję (lub dłuższą). Wszystkie inne pominę milczeniem. Zacznę od autorki - Katarzyny Michalak, która przekonała mnie do siebie do tego stopnia, że przeczytałam nie jedną, ale kilka jej książek. W ramach konkursu zdobyłam nawet tom z autografem, z czego się cieszę niepomiernie. I właśnie tytuł tej notki odnosi się do książe...

Momo

Momo pojawiła się pewnego jesiennego wieczoru, gdy za oknem zimny, północny wiatr szarpał bezlistne gałęzie drzew. Szybko zapadająca, bezksiężycowa noc skrobała o szyby, a uliczne lampy rzucały długie cienie. W domu, przy kuchennym stole siedziała dziewczynka. W rozpalonym piecu ogień buczał radośnie. W pokoju obok zaczynał się Dziennik. Dziewczynka słyszała jego sygnał i wesołe rozmowy rodziny. Przysunęła się bliżej. Z uchem przy radiu, z niecierpliwością czekała na Momo.   Nie wiem, czy tak było rzeczywiście. Czy było to jesienią, latem, czy zimą. Czy to były już lata 90`te, czy jeszcze końcówka osiemdziesiątych. Pamiętam tylko, jakie wrażenie zrobiło na mnie słuchowisko radiowe dla dzieci o Momo i złodziejach czasu. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że w czasach, gdy posiadanie drugiego programu uchodziło za luksus, a radio było tylko publiczne programy dla dzieci i młodzieży były staranniej przygotowywane i mniej infantylne. Słuchowisko, o którym piszę...

Błękitna księga bajek

Pamiętacie swoją pierwszą wizytę w bibliotece? A pamiętacie pierwszą książkę, którą stamtąd pożyczyliście? Ja pamiętam doskonale. Nie wiem, jaki to był dzień tygodnia, ani jaka była pogoda. Musiało to być popołudnie. Starsza siostra wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do biblioteki (zostałam tam na wiele lat, przynajmniej w pewnym sensie). Dostałam swoją kartę, wpis do rejestru i kilka książek do wyboru, a może wcale nie miałam wyboru? Może Pani Bibliotekarka wcisnęła mi właśnie tę książkę z jakimiś słowami na zachętę i tak to się zaczęło - od Błękitnej księgi bajek, autor Ludomir Feldek. Okładka wyglądała zachęcająco - rodzina w dworskich strojach dawała nadzieję na odpowiednio królewskie historie. Dobra, nie oszukujmy się, miały być królewny i książęta, czyli to co małe dziewczynki lubią najbardziej. A zamiast tego dostałam zbiór opowiadań-bajek totalnie zakręconych i tak surrealistycznych, że zakochałam się w tej książce od pierwszych stron (królewny w końcu też były)...