poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nawijanie rzeczywistości (03)


Macie czasami chęć na dobry uczynek? Ale nie taki dobry-dobry, tylko taki a-niech-wam-już-będzie-znajcie-łaskę. Na przykład wspieracie rozdających biorąc ich ulotki. I chociaż z każdą wziętą ulotką macie świadomość kolejnego umierającego bezsensownie drzewa, każdej bezsensownie zatrutej rzeki, nieprzespanych nocy drukarza, który siedzi przy maszynie i wdycha opary z farby, że o biednych grafikach nie wspomnę, którzy modlą się, żeby nie było literówek, głupich wpadek z lewitującymi rękami oderwanymi od ciała itp. Ale patrzycie w te smutne oczy, wyciągnięte ręce i sięgacie po kolejny śmieć. Przy dobrym humorze doniesiecie go nawet może do domu, zmiętego w kieszeni. W gorszym dniu wrzucicie, po pobieżnym spojrzeniu, do pierwszego napotkanego kosza na śmieci. Z wyrzutem sumienia, bo z tego kosza będą się wysypywać identyczne kawałki papieru, jak wasz. Znów przed oczami stanie udręczona ziemia, zasypana odpadami. Jeszcze chyba nie zdarzyło mi się, żeby na tych świstkach papieru było, to czego potrzebuję. Bo nie zamierzam pójść do szkoły medycznej, dwuletniej po gimnazjalnej. Na tańszego drinka też się nie załapię przed południem od poniedziałku do piątku. I absolutnie nie kupię serum, po którym moje rzęsy zaczną rosnąć, zgrubną i będę mogła nimi wywoływać trąby powietrzne na Podhalu.

Podobną kategorią są przeróżnej maści telemarketerzy. I jak dla tych, którzy chcą mi coś sprzedać nie mam litości. No sorry i proszę więcej na mnie nie krzyczeć, że nie wiem z czego rezygnuję. To czasem w przypływie empatii zgadzam się na badanie opinii, sondę, czy coś w tym stylu. Szczerze mówiąc marzę, że pewnego dnia zadzwoni do mnie Karol Strasburger i będę jednym z tych tajemniczych ankietowanych, których odpowiedzi są wykorzystywane w Familiadzie. Póki, co w oczekiwaniu na Strasburgera odbieram telefon i słyszę miły głos, który zachęca mnie do udziału w ankiecie.
- Czy zgadza się pani na udział w ankiecie?
- Tak.
- Czy jest pani mężczyzną, czy kobietą?
- Kobietą.
- Dziękujemy.
I cisza. Jak to już? A gdzie reszta pytań!?

Może kolejny ankieter będzie bardziej rozmowny.
- Czy może nam pani poświęcić czas? Czy zgadza się Pani na udział w badaniu opini publicznej dotyczącej czegoś tam?
- Tak.
- Czy ktoś z pani rodziny, lub pani pracuje w zawodzie dziennikarza, reportera, w reklamie, mediach ... itd.
- Tak.
- Jaki to zawód?
- Reklama.
- Pani, czy ktoś z rodziny?
- Ja.
- A to bardzo nam przykro, ale nie może wziąć pani udziału w badaniu opinii. Dziękujemy za poświęcony nam czas.
Pi pi pi pip
I bądź tu człowieku dobry!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Znaki szczególne

Paulina Wilk ma dar snucia opowieści, które dobrze się czyta, dlatego sięgając po Znaki szczególne nie obawiałam się, że książka mnie zanudzi. Bałam się, że rozczaruje mnie treścią, a wszystko przez podtytuł wmawiający nam, że to pierwsza autobiografia pokolenia urodzonego około 1980 roku. A kiedy już na okładce widzę takie kategoryczne stwierdzenie, to chyba nic dziwnego, że mam obawy.

Sięgałam po Znaki z ciekawością ile wspólnych tropów znajdę z Pauliną Wilk. Ale autorka nie dała mi szans na poszukiwanie. Tonem nie znoszącym sprzeciwu, używając do wszystkiego zaimka MY, napisała za mnie i całe pokolenie, to co powinnam pamiętać z dzieciństwa, dorastania i wieku młodzieńczego. Tylko, że moje doświadczenia i wspomnienia nijak się mają do tego co znalazłam na kartach książki.
Prawdą jest, że ci którzy zostali wychowani w PRLu, chociażby w jego końcówce, mają wspólną pamięć. Trudno jej nie mieć skoro półki sklepowe były wszędzie podobne, w telewizji były dwa kanały, a podręczniki szkolne były takie same w całym kraju. Ale ... Wilk przyznaje się do ojca wojskowego, co już stawia ją w sytuacji lepszej niż większość. W tej jej pseudo biografii nie ma wspomnień kolejek, ekscytuje się zbieraniem puszek (serio? moje rodzeństwo starsze zbierało, mnie moda już ominęła), od dziecka jest uświadomiona politycznie i pije szampana wciągając flagę UE.
Czytając miałam wrażenie, że wcale nie chodzi o MY, tylko o JA, a używanie MY to tylko tak dla zmyłki, żeby nikt się nie doczepił, że młoda pisarka pisze sobie biografię i uświadamia wszystkich wysokim tonem jak było. Można żyć w tych samych dekoracjach, ale zupełnie inaczej używać rekwizytów i inaczej przeżywać. Paulina Wilk założyła z góry, że wszyscy odczuwamy to samo skoro urodziliśmy się w podobnym okresie czasu.

Przedstawia siebie, jako takie dziecko-nie-dziecko. Z ręką na sercu ile osób w podstawówce w wieku lat 7,8, czy 11 miało świadomość, w jakiej sytuacji znajduje się nasz kraj. Pierwsze prawie wolne wybory? Widziałam plakaty Solidarności w pokoju brata, który był wtedy na studiach ale nie do końca rozumiałam co się działo. Ocierałam się jedynie o wydarzenia tamtego czasu. Miałam świadomość, że coś się zmienia, ale nie wiedziałam dokąd te zmiany prowadzą i o co tak na prawdę w nich chodzi. Teraz, gdy o tym myślę, wspomnienia mieszają mi się z wiedzą. Pamiętam pochód pierwszomajowy z 89 roku, jedyny w jakim brałam udział. Pamiętam jak wyglądał, że nie miał już tej energii, ale dopiero wiele lat później zrozumiałam, że wszyscy już wtedy szli w inną stronę niż trybuna partyjna.

Do świata Zachodniego po 89 roku nie wbiegłam szturmem głodna sukcesu, znajomości języków, wyjazdów, dostając zadyszki, bo zaraz coś ucieknie i zostanę w tyle. Mam nawet wrażenie, że zmiany odbywały się powoli. Z dala od Warszawy, to nie była żadna rewolucja. Nie dla dziecka. Fakt, pojawiały się nowe sklepy, lepiej zaopatrzone. Inne, kolorowe ubrania. Chociaż wtedy nie miałam zielonego pojęcia o modzie i wciąż zdzierałam ubrania po kuzynach ze Szwecji. Może dlatego dżinsowe, markowe spodnie, czy sztruksowe kurteczki nigdy nie robiły na mnie wrażenia. Były, zdzierały się, przyjeżdżał wujek przywoził nowe-nie-nowe. Ot, po prostu ubrania. Głód posiadania? Określanie siebie poprzez posiadanie? W paczkach od wujka były katalogi, pełne zachodniego dobra. Teraz wiem, że to były katalogi wysyłkowej firmy, jakie każdy tam dostawał pod drzwi, zwykła reklama. Wtedy z siostrą oglądałyśmy je zafascynowane i grałyśmy w grę kto pierwszy. Odwracało się stronę i trzeba było, wskazując palcem, zaklepać najfajniejszą rzecz dla siebie (ocena całkiem subiektywna zazwyczaj kłótnie wynikały przy koszulach w kratkę i w dziale z porcelanowymi figurkami). Widziałyśmy te wszystkie rzeczy, pragnęłyśmy ich, ale nie myślałyśmy, że ich posiadanie sprawi, że będziemy lepsze, bardziej wartościowe.

Wyjazdy na Zachód, to były szkolne wycieczki w liceum. Faktycznie inny świat. Ale stawiać go na piedestale? Pić szampana z okazji wejścia do UE? Zachwycać się bułką z McSzita (w liceum nie chodziło się do Maca, bo sponsorowali broń i już wtedy w latach 90`tych nastąpił pierwszy bunt przeciwko Zachodniemu światu dobrobytu)? 
Nie, patrzyłam na kraje europejskie i myślałam, że i u nas tak będzie. Czy kiedyś faktycznie będzie? W książce na koniec jest rozprawka w jakim pięknym i cudownym kraju nieograniczonych możliwości żyjemy. Tak, żyjemy w pięknym kraju, tylko paskudnie rządzonym.

Książka jest podzielona na rozdziały, a każdy ma swój rytm. Najpierw wspomnienie, potem co z tego wynika i na koniec mentorskim tonem, co powinniśmy o tym myśleć.
Za dużo w tym wszystkim mieć postawionym nad być. Tak, jakbyśmy nie potrafili myśleć, jakby nasze pokolenie oparło swoje życie jedynie na konsumpcji i pędzie po sukces.
Czy tacy jesteśmy? Czy można wszystkich wrzucać do jednego wora? Czy nasze pokolenie w jakikolwiek sposób zasługuje na wyróżnienie? Młodsi już dawno nas prześcignęli. Starsi są z innej epoki, bo to jednak my zdążyliśmy załapać się na internet. Stanęliśmy w rozkroku i właśnie chyba to sprawia, że jesteśmy tacy różni i napisanie biografi naszego pokolenia wydaje się być zadaniem karkołomnym.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Nawijanie rzeczywistości (02)


Odkąd mam kota czuję się trochę, jak młoda matka, która z palcem dźgającym kupkę zachwala swoje dziecko gościom, gdzieś między obiadem, a deserem. Niestety nie jest to mały kiciuś, od patrzenia na którego oczy robią się mokre i wstępuje w człowieka Elmirka.
Jest to KOT. Pewnego dnia przyszedł i został. Czy na zawsze? Nie mam pojęcia, znika czasami na kilka dni. Przypuszczam, że prowadzi podwójne życie i bardziej niż my interesują go zasoby w misce, która stoi w kącie. No cóż. ma on jednak swój urok (oprócz pcheł i ktowieczegotamjeszcze) jest klasycznie czarny z intensywnie zielonymi oczami. Musiał być przesłodkim kociakiem (wciąż jeszcze jest młodym kotem, ale już nie kiciulkiem).

No tak, tutaj co niektórzy się zorientowali, że trochę nakłamałam w pierwszym zdaniu nadużywając słów mam kota. Raczej ten kot ma nas... na uwadze przy ewentualnym wyborze domu. Ale dziś odniosłam mały sukces. Przekonałam kota do pudełka. Sami wiecie, te wszystkie filmiki pokazujące koty w pudełkach. Pomyślałam, że mój nie gorszy i też własny karton musi mieć. Pogrzebałam w garażu, wywaliłam parę zbędnych drobiazgów pod ścianę i z dumą postawiłam zwierzakowi pudło. Zademonstrowałabym mu jeszcze, jak się z niego korzysta, ale na to nie pozwoliły już moje gabaryty. Kot popatrzył na mnie, jak na wariatkę i poszedł w długą na dni kilka. Dzisiaj jednak z nieba lunęło, potem huknęło i błysnęło. Tudzież na odwrót i żal mi się zrobiło kota siedzącego pod drzwiami*. Przestawiłam więc mu karton i taadaaam!! Kot WSZEDŁ do pudełka! Normalnie sukces. Co ważniejsze został u nas podczas deszczu. Może w końcu oswoi się na tyle, żeby go dowieźć do weterynarza.

*Ja wiem, że normalnemu człowiekowi kiedy robi się żal zwierzęcia, to otwiera drzwi, bierze delikwenta na kolana i głaszcze za uchem. Nie zapominajmy jednak, że kot ma ktowiecotamjeszcze i póki się nie uczłowieczy głaskanie za uchem jedynie poza domem.

Kot ma imię. Mój M nazwał go Kacper. Osobiście uważam, że to imię dla psa, a nie kota. Ale zamiennie nazywamy go czule Łajzą, Czarnuchem, Powsinogą. Na żadne z imion nie reaguje ofkors. W końcu to kot.

Prawda jest taka, że chciałam mieć małego słodkiego kociaczka. Nawet jeden już był zaklepany - Karolinka. Kocica, bo te bardziej domu się trzymają niż kocury. No ale przecież nie wyrzucę Czarnucha, szczególnie, że gdy wracam z nim z ogródka (ekhm chodzi o kilka krzaczków pomidorów, dobrze, że pada nie będę musiała ich podlewać) więc gdy wracam z nim z ogródka mój M śmieje się, że idą dwie zielonookie bestie :P

Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.