czwartek, 27 grudnia 2012

Czym Mikołaj pod choinkę uraczył Emilkę :)

W tym roku skapnęły mi się dwie niezwykłe książki. Obie na swój sposób magiczne. Spod świątecznego drzewka wyciągnęłam wielką, ciężką "cegłę" w twardej oprawie. Cała poświęcona jest "mamie" Muminka :) Na biografię Tove Jansson miałam ochotę odkąd się u nas ukazała. No i proszę, dobry Mikołaj spełnił życzenie :) Czytam z zapartym tchem. Jak skończę to coś napiszę (w międzyczasie może nadrobię inne zaległości w recenzowaniu).
A druga książka przywędrowała do mnie wcześniej, już w piątek. Jest to zbiór Pejzaż Świąteczny, powstałych na konkurs, na opowiadanie wigilijne, ogłoszony na blogu Magdaleny Kordel. Czasu nie było wiele, ale jakimś cudem udało mi się je skończyć na czas i wysłać. Nie zostało wybrane najlepszym opowiadaniem, mimo to i tak czuję, że wygrałam. Po pierwsze skończyłam, nie porzuciłam w połowie, nie zostawiłam na później. Po drugie - trzymam w łapkach książkę, dowód, że można. Wszyscy którzy brali udział w zabawie zasługują na gratulacje :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Tam, gdzie kres wspomnień...

Siedzę i zastanawiam się, jak zacząć opis dwóch kolejnych książek. Patrzę na tytuł wpisu i umiarkowanie zadowolona mruczę sobie pod nosem, że całkiem on przyzwoity. Kres wspomnień. Kresy. Miejsce za wschodnią granicą, które kiedyś było częścią Polski, ale historia potoczyła się tak, a nie inaczej. Niektórzy mówią, że historia kołem się toczy i tęsknie spoglądają na ziemie utracone, na Lwów i Wilno. Prawda jest jednak taka, że to już nie wróci. Wprawdzie miasta pozostały, ale zagładzie uległa kultura, ludzie się rozproszyli i tych "miast" już nie ma i nigdy nie będzie. Oba miasta są piękne. Będąc w Wilnie z zachwytem obchodziłam stare miasto i wzdychałam nad jego urodą, nad architekturą, nad polskością. Ale byłam tam turystką, nawet przez chwilę nie czułam się, jak u siebie. Bo to nie moje miasto, nie moich przodków. Mój jest Wrocław ;)
Po Lawendowy Pył trzech autorek, trzech kobiet - matki, babci i wnuczki - Danuty Marcinkowskiej, Ewy Marcinkowskiej - Schmidt i Klaudyny Schmidt, sięgnęłam aby poznać historię rodzinną uwikłaną w historię kresową. Chociaż wcale się o to nie prosili, nie ruszając się z miejsca wpadli w sam środek wydarzeń, które wywróciły całe ich życie do góry nogami. Każda decyzja, którą musieli podejmować członkowie rodziny miała daleko idące konsekwencje. I bardzo często od tego, co wybiorą zależało ich życie. A, jak się później okazało i przyszłość ich dzieci i wnuków. Jest to kronika rodzinna, która sięga początkiem do XIX wieku, a kończy się w XXI. Opowieść jest momentami bardzo wzruszająca i po przeczytaniu pozostaje w nas poczucie bezsilności i niesprawiedliwości, bo tam, gdzie dochodzą do głosu totalitaryzmy jednostka przestaje się liczyć. Autorki opowiadają nam o Kresach, wojnach, przesiedleniach, zsyłce na Sybir, ziemiach odzyskanych, czasach komuny i przede wszystkim o silnych kobietach, które co rusz muszą stawiać czoło nieszczęściom, których nie szczędzi im los, zachowując przy tym wiarę i nadzieję. Książkę czyta się z zapartym tchem. Dopiero na sam koniec, gdy dochodzimy do współczesności, narracja zwalnia.
Minusem tej książki jest wymieszanie różnych okresów i bohaterek. Gdzieś na moment się zgubiłam, czy narratorka wiodąca w rozdziale jest matką, czy już córką, czy może nawet wnuczką. Czy to matka wyszła za mąż za X, czy to była już historia jej córki. Mimo wszystko lektura jest warta przeczytania. Dla tych, którzy nie wynoszą z domu kresowych opowieści, to okazja do poznania ciekawej historii rodzinnej. A takich historii jest w naszym narodzie całkiem sporo.

Jeśli komuś przypadł do gustu Lawendowy Pył może sięgnąć po kontynuację - Zapach rozmarynu. Ta opowieść jest zdecydowanie krótsza i opowiada losy tej części rodziny, która nie wyjechała z Wileńszczyzny, która zdecydowała się pozostać w swoich domach wierząc, że kiedyś wszystko wróci do normy. To również część rodziny, która nie miała szans na wyjazd. Widzimy więc, jak ziemie polskie stają się częścią ZSRR, a potem Litwą. Jedna z bohaterek z Polki zostaje Rosjanką i, by uczyć w szkole musi się nauczyć języka rosyjskiego, a potem jest zmuszona do nauki litewskiego. Smutne to historie o ludziach, którzy zostali pozbawieni prawa do decydowania o sobie, odebrano im prawo do języka, narodowości, nazwiska.
Po przeczytaniu obu części dopiero dociera do nas różnica między tymi, którzy wyjechali i, nie bez walki, odnaleźli się w Polsce, a tymi, którzy zostali na swoich ziemiach. W tym drugim przypadku nie było mowy o zagranicznych stypendiach, maluchu na raty, budowaniu swojej tożsamości. Czasy komuny nie były lekkie w Polsce, wszystkiego brakowało, ciągle było trzeba kombinować no i strach ludzi mieszkających na ziemiach odzyskanych przed powrotem Niemców.  Ale jednak było inaczej, trochę lepiej.

A jak jest teraz? Wrocław i Wilno. Dwa miasta, w których nastąpiła całkowita wymiana ludności. Wrocław, miasto otwarte, przyjazne, dumne ze swej historii, nie wypierające się swojej niemieckości.Witające przyjaźnie turystów zza Odry gotowych zostawić tu trochę gotówki. Wilno - piękne miasto naznaczone polskością, odnowione dzięki dotacjom unijnym, miasto które udaje, że od zarania było litewskie. Jeszcze nie gotowe na otwarcie, ale wierzę, że przyjdzie moment, że obok angielskich, rosyjskich, niemieckich i japońskich tabliczek informacyjnych dla turystów pojawią się również polskie. Że królowie w katedrze odzyskają swoją polskość, że na Uniwersytecie Wileńskim pani kasjerka słysząc mowę polską nie będzie się odwracać plecami i udawać, że zabrakło przewodników.
Jeśli ktoś chciałby wybrać się do Wilna to i tak polecam gorąco i przygotujcie się na prawdziwie rewelacyjne jedzenie. Na zwiedzanie Wrocławia też zapraszam, warto :D

wtorek, 13 listopada 2012

Książki, które kocham, bohaterki, których nienawidzę cz.II - Nadzieja



Życie nie jest usłane różami. Któż nie zna tej sentencji? Życie Liliany, kolejnej bohaterki książki Katarzyny Michalak to pasmo cierpień i nieszczęść. Gdy ją poznajemy ma sześć lat i wielki smutek w sercu. Powoli poznajemy losy Liliany i wraz z nią zaprzyjaźniamy się z odrzuconym przez rówieśników chłopcem. Chłopcem, który tak, jak ona odczuwa samotność i wyobcowanie. Aleksiej, bo tak ma na imię drugi bohater książki, pochodzi z Rosji, jego rodzice zginęli w Czarnobylu, a on sam dostał się pod opiekę ciotki w Polsce. Ciotka, jest dla Aleksjieja tym, czym dla Liliany... no właśnie, dziewczynka nie ma nikogo życzliwego obok siebie. Aż do momentu, gdy znajduje w lesie rannego chłopca pozostaje sama. Mieszka z ojcem oraz macochą i jej córką. Lecz ta książka to nie bajka, gdzie zła macocha przejmuje władzę nad biednym ojcem i znęca się nad dziewczynką. O, nie, gdyby to była bajka, można by było liczyć na szczęśliwe zakończenie. Ale to nie bajka, a macocha nie maltretuje dziecka, po prostu nie poświęca mu uwagi, nie stara się dziewczynki przygarnąć do siebie, nie wspiera i nie daje jej nawet odrobinę miłości. Nie wynika to z ze złej woli kobiety lecz z przepracowania, przemęczenia, problemami z własną, wymagającą córką i upijającym się mężem. To właśnie ojciec Liliany rani ją najdotkliwiej – psychicznie i fizycznie, nie szczędząc dziewczynce razów. To właśnie Aleksiej staje się jej najwierniejszym obrońcą i przyjacielem. Nawzajem znajdują w sobie oparcie, dorastają, a los szykuje im coraz to nowsze niespodzianki. Jednak to co ich łączy zdaje się być nierozerwalne. Szybko też okazuje się, że Liliana pozbawiona normalnego domu, nie potrafi ułożyć sobie życia i relacji z innymi ludźmi. Wyciąga do przyjaciela ręce po pomoc i kiedy on przychodzi "spycha go w ogień". A jednak on wraca, wciąż wraca pełen ufności i nadziei, że coś się zmieni, że będzie tak, jak powinno być. Te jego powroty kończą się dla niego boleśnie, a jednak uczucie i wiara są silniejsze. Do czasu. Bo są ścieżki, z których już nie można powrócić. Błędy, których nie można naprawić. Pozostaje jedynie nadzieja.

Trzeba przyznać, że pani Katarzyna napisała poruszającą opowieść. Taką, przy której czytaniu trzeba mieć przygotowane na finał chusteczki. Opowieść o przyjaźni, miłości i kobiecie, która marząc o normalnym domu z ukochanym niszczyła każdą szansę na ten dom skazując siebie i jego na cierpienie. A kiedy już w  końcu wydaje się, że może tym razem będzie inaczej, autorka dorzuca zakochanym kolejną przeszkodę nie do pokonania.

Wiele czytelniczek uważa, że to najlepsza powieść w dorobku pani Michalak, ja jednak byłabym powściągliwa z tym stwierdzeniem. Po pierwsze pani Katarzyna chyba dopiero się rozkręca w pisaniu, a po drugie mimo, że czyta się książkę błyskawicznie to, jak dla mnie momentami było za ciężko. Za dużo wszystkiego na raz. Przelatujemy przez życie Liliany ekspresem bez chwili zatrzymania. I niestety dziewczyna z każdym kolejnym rokiem staje się coraz bardziej irytująca. Odkładając skończoną książkę miałam poczucie, że powinna ponieść ofiarę, uwolnić od swojej osoby Aleksjieja, dla którego zostałaby tylko wspomnieniem. Szybko zapomniałby, o tym co byłoby złe, zostawił w sercu tylko dobre momenty. To byłoby.. chm, bardziej oczyszczające. Zamiast tego nasza autorka nie mogła się powstrzymać przed szalonym wyskokiem i na kilka, decydujących stron przerzuca akcję do Iraku.
Liliana zostaje z nadzieją przy nadziei, a ja wątpię, czy będzie dobrą matką, czy wszystkie jej fobie, lęki i wyskoki nie znajdą jednak kiedyś ujścia w matczynej miłości. Czy będzie potrafiła uporządkować swój wewnętrzny chaos? Nie wiem i nie wiem, czy chcę wiedzieć, bo ta postać zmęczyła mnie swoją osobowością. Jestem w stanie jej wiele wybaczyć, w końcu nie miała zbyt dobrego dzieciństwa i startu w dorosłość, ale była słaba, za słaba dla Aleksieja.

Jedno jest pewne, ciężko przejść obok książki obojętnie. I duży plus dla autorki za okładkę :), bardzo smakowita (ale o okładkach może kiedy indziej).

PS. Przypomniało mi się (po kilku dniach), że w przypadku tej książki miałam zbesztać autorkę za pozostawienie bez odpowiedzi dwóch historii kobiet. Po pierwsze Anastazja - autorka daje nam do zrozumienia, że ma za sobą przeszłość dramatyczną, uchyla rąbka tajemnicy, a potem zatrzaskuje drzwi zostawiając nas z rozpłaszczonym nosem. Druga kobieta, o której niewiele się dowiemy to matka Liliany. Albo nie doczytałam, albo zostało pominięte dlaczego ojciec obwinia bohaterkę o śmierć matki (chyba, nie było nic o umieraniu przy porodzie).

czwartek, 8 listopada 2012

Książki, które kocham, bohaterki, których nienawidzę cz. I



Może trochę przesadziłam z tymi skrajnymi emocjami, ale coś w tym jest. W minione lato postanowiłam zapoznać się bliżej z polską, kobiecą literaturą. W tym celu udałam się do biblioteki i zaczęłam po kolei wypożyczać książki pisane przez kobiety dla kobiet. Ponieważ miałam już za sobą Rozlewisko Kalicińskiej w trzech tomach, to stwierdziłam, że chyba większa krzywda mi się nie stanie. Ups. Wpadłam. Niektóre z autorek odrzuciłam po pierwszej lekturze, a co do innych stwierdziłam, że nie tylko można je czytać ale i można to robić z przyjemnością. Te, które w jakikolwiek sposób mnie wciągnęły do swojego świata na pewno znajdą na tym blogu miejsce na krótką recenzję (lub dłuższą). Wszystkie inne pominę milczeniem.
Zacznę od autorki - Katarzyny Michalak, która przekonała mnie do siebie do tego stopnia, że przeczytałam nie jedną, ale kilka jej książek. W ramach konkursu zdobyłam nawet tom z autografem, z czego się cieszę niepomiernie. I właśnie tytuł tej notki odnosi się do książek pani Kasi. Na prawdę polubiłam styl tej autorki. Czyta się lekko, przyjemnie, akurat, żeby po ciężkim dniu w pracy odpocząć sobie, zrelaksować się i zapomnieć o własnych problemach. Akcja leci wartko, bohaterowie (a głównie to bohaterki) przeżywają wiele niezwykłych przygód i ogólnie jest świetnie. No dobrze, a gdzie tkwi haczyk? I gdzie te bohaterki, których nienawidzę? W książkach ofkors :)
No to po kolei...

Ewa, bohaterka Roku w Poziomce i Powrotu do Poziomki jest naszą pierwszą heroiną. Poziomka to oczywiście nazwa nie żadnej polany, ale domku. Upragnionego, wymarzonego domku, do którego wprowadza się główna bohaterka opuszczając Warszawę i skazując się na błoto, dojazdy do pracy pociągiem i inne mniej lub bardziej urokliwe przyjemności. Nasza dzielna dziewczyna zmaga się z niespełnioną miłością, kredytem, rozkręcaniem wydawnictwa, chorobą przyjaciółki i z czym tylko się da. Autorka nie oszczędza jej ani trochę. Ale książka ta, to bajka. Bajka ze szczęśliwym zakończeniem. Bajka, w której znajduje się i książę i dawna miłość matki i wszystko pięknie się układa. Podczas czytania przymknęłam jedno oko i pozwoliłam się wciągnąć konwencji. Odpuściłam logikę i niemożliwości. Tak miało być, miło i lekko. Książkę łyknęłam. A nasza szanowna autorka napisała kontynuację.
 
No to wróciliśmy do Poziomki. I tutaj już nie mogłam. Przełknęłam w pierwszym tomie różne rzeczy, bo przecież nasza bohaterka dojrzewała, przeprowadziła się, uczyła nowego życia. Ale w drugim tomie wyszło z niej rozhisteryzowane babsko skupione jedynie na sobie. Na swoich potrzebach i emocjach. Momentami miałam ochotę gryź książkę ze wściekłości na bezmyślne zachowanie Ewki. Jako ostatnia dowiaduje się, że mąż jej wyjeżdża do Korei na targi. Ostatnia ponieważ, nie miała nawet chwili czasu, by usiąść i porozmawiać, zajęta swoimi sprawami i zastanawianiem się, czy nadal kocha swojego szefa. Mąż wyjeżdża, pisze, przysyła zdjęcia. A ona wszystko to kasuje bez oglądania, bo ma w domu za słabe łącze (jakby nie mogła w pracy przejrzeć). Nic dziwnego, że w końcu ukochany znika, gdzieś w Indiach, do których ona oczywiście natychmiast jedzie, żeby uratować tonące dziecko (nie, nie jedzie tam ratować związku). Ja rozumiem, że trzeba przypomnieć czytelniczkom, jaka krzywda dzieje się innym na świecie. Podczas, gdy w pierwszym tomie jednym z wątków przewodnich była białaczka i poszukiwanie szpiku kostnego, tak tutaj mamy biedne Indie, które pasują jak pięść do nosa (niestety). Wraca tylko po to, żeby brać udział w strzelaninie, którą sama wywołuje. Całą książkę jest egocentryczna, samolubna i zachowuje się zupełnie idiotycznie. A dzwonienie, do byłego szefa w środku nocy i ściąganie go na tą wieś, gdy jego żona właśnie rodziła (albo urodziła, wybaczcie już nie pamiętam) bliźnięta nawet się nie zastanowiwszy, że komuś innemu jest on bardziej potrzebny? No i ta wiara w sny, wróżby i horoskopy. Brr. A na koniec jeszcze łaskawie daje szansę swojemu Witoldowi, żeby wrócił do niej – do niej i jej dwójki dzieci (jedno to indyjska dziewczynka, drugie bogatego, przystojnego blondyna, żeglarza (sic!), który przypadkiem ją zapłodnił, ale okazał się na koniec wyrozumiałym tatusiem gotowym wspomagać swe dziecię między jednym okrążeniem świata, a drugim (wiadomo, bez burzenia rodzinnego szczęścia naszej bohaterki).

Ależ znienawidziłam główną bohaterkę. Czy można bardziej nie polubić kobiecej postaci książkowej? 
Oczywiście, że można. Moją faworytką od lat wielu pozostaje Barbara Niechcic z Nocy i Dni. Ale w książkach pani Katarzyny, które do tej pory przeczytałam, swoje pierwsze miejsce dzierży ... jeśli nie Ewka to kto? O niej i książce, w której się pojawia będzie kolejny wpis :)

PS. Obie książki czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Tylko ta Ewka w drugim tomie <zgrzytanie zębami>

sobota, 13 października 2012

Momo

Momo pojawiła się pewnego jesiennego wieczoru, gdy za oknem zimny, północny wiatr szarpał bezlistne gałęzie drzew. Szybko zapadająca, bezksiężycowa noc skrobała o szyby, a uliczne lampy rzucały długie cienie. W domu, przy kuchennym stole siedziała dziewczynka. W rozpalonym piecu ogień buczał radośnie. W pokoju obok zaczynał się Dziennik. Dziewczynka słyszała jego sygnał i wesołe rozmowy rodziny. Przysunęła się bliżej. Z uchem przy radiu, z niecierpliwością czekała na Momo.  

Nie wiem, czy tak było rzeczywiście. Czy było to jesienią, latem, czy zimą. Czy to były już lata 90`te, czy jeszcze końcówka osiemdziesiątych. Pamiętam tylko, jakie wrażenie zrobiło na mnie słuchowisko radiowe dla dzieci o Momo i złodziejach czasu. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że w czasach, gdy posiadanie drugiego programu uchodziło za luksus, a radio było tylko publiczne programy dla dzieci i młodzieży były staranniej przygotowywane i mniej infantylne. Słuchowisko, o którym piszę, to był prawdziwy teatr wyobraźni. Za każdym razem, gdy Momo była powtarzana w eterze, siedziałam z uchem przyklejonym do radioodbiornika i z wypiekami na twarzy słuchałam tej niezwykłej historii. Jako dziecko autentycznie czułam dreszcz grozy, gdy do akcji wkraczali „szarzy panowie”. Ale czasy się zmieniły, zmieniło się radio i chociaż program dla dzieci nadal można posłuchać o 19.30 to już nie to samo. Nie da się również ukryć, że i ja się zmieniłam. Dorosłam (przynajmniej na tyle, na ile to możliwe:).
Kiedy tygodnik Polityka wraz z fundacją “ABCXXI-Cała Polska czyta dzieciom” rozpoczął wydawanie kolekcji książkowej klasyki dziecięcej, uświadomiłam sobie skąd wzięła się Momo. Przejęta słuchowiskiem nigdy nie pomyślałam, że mogę się pokusić o poszukanie książki. I oto miałam przed sobą zapowiedzi kolejnych tomów, a wśród nich “Momo” Michaela Ende. Przyznaję, że trochę obawiałam się konfrontacji książki z moimi wspomnieniami i chyba dlatego niezbyt pilnowałam terminów. Momo ukazała się, sprzedała i znikła, a ja zostałam z poczuciem żalu, że nie udało mi się uzupełnić biblioteczki o ten tytuł. Od tamtej pory bezskutecznie wypatrywałam znajomego tytułu. Postanowiłam poczekać na bardziej sprzyjający czas.
I oto pewnego, upalnego dnia, szukając w kiosku mapy Polski, dojrzałam w stercie wyprzedażowych gazet o różowych konikach, lalkach i bajkach upragniony tytuł! Nie zastanawiałam się nawet chwili. Książkę zaczęłam czytać jeszcze przed wyjazdem, skończyłam stojąc w korku na autostradzie. I polecam ją wszystkim, nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. Bo to książka o tym co jest w życiu ważne, o brakującym czasie i dziewczynce, która z pomocą mistrza Hory i żółwia Kasjopei rusza uwolnić skradziony czas by przywrócić równowagę w codziennym życiu mieszkańców pewnego miasteczka.
Ende napisał swoją książkę w 1973 roku. Czytając ją w 2011 mam coraz większą pewność, że „szarzy panowie” już dawno zapanowali nad światem. Pośpiech, brak uwagi dla innych, wzrastające tempo życia, to wszystko są objawy krążących wokół nas widm, które wysysają całą radość z życia. Nie ma czasu, żeby na chwilę się zatrzymać i nabrać tchu. A potem dobiegamy do mety z zadyszką i nie pamiętamy, czy było po drodze coś wartego uwagi, nad czym należało się pochylić. A zawrócić nie można...

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że książka wytrzymała próbę czasu i mimo moich obiekcji wpasowała się w wspomnienia z dzieciństwa i nie przyniosła ze sobą rozczarowania, którego się obawiałam.
Teraz marzę tylko o tym by ją zilustrować :) ot tak, dla siebie, żeby mieć egzemplarz o jakim marzę – z ilustracjami.
Przejrzałam dostępność książki w sieci i odkryłam starsze wydania. Niestety żadne nie posiadało okładki, która by mnie urzekła więc egzemplarz, który posiadam w pełni mnie zadowala.

Błękitna księga bajek

Pamiętacie swoją pierwszą wizytę w bibliotece? A pamiętacie pierwszą książkę, którą stamtąd pożyczyliście? Ja pamiętam doskonale. Nie wiem, jaki to był dzień tygodnia, ani jaka była pogoda. Musiało to być popołudnie. Starsza siostra wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do biblioteki (zostałam tam na wiele lat, przynajmniej w pewnym sensie). Dostałam swoją kartę, wpis do rejestru i kilka książek do wyboru, a może wcale nie miałam wyboru? Może Pani Bibliotekarka wcisnęła mi właśnie tę książkę z jakimiś słowami na zachętę i tak to się zaczęło - od Błękitnej księgi bajek, autor Ludomir Feldek.
Okładka wyglądała zachęcająco - rodzina w dworskich strojach dawała nadzieję na odpowiednio królewskie historie. Dobra, nie oszukujmy się, miały być królewny i książęta, czyli to co małe dziewczynki lubią najbardziej. A zamiast tego dostałam zbiór opowiadań-bajek totalnie zakręconych i tak surrealistycznych, że zakochałam się w tej książce od pierwszych stron (królewny w końcu też były). Wypożyczałam ją wielokrotnie, oddawałam i wypożyczałam zastanawiając się, jakby ją odkupić, zachować na własność i nikomu nie oddawać.
Historiom kroku dotrzymują ilustracje (autor Albin Brunovsky), zarówno te kolorowe, jak i te czarno-białe z błękitnymi akcentami.
Jeśli traficie kiedyś na Błękitną księgę bajek zajrzyjcie do środka, by poznać Rybę Rebeccę, kaczkę Kaśkę, komara Waldemara, powolnego sprzedawcę, zaraźliwe słowo. Przeczytajcie bajkę bez głowy, o chodzącej chałupie, bajkę dla Lubki i ze śmietniska i wiele innych :)
Na obwolucie okładki książka jest rekomendowana słowami:
Książka Lubomira Feldka znanego słowackiego autora utworów dla dzieci i dorosłych, jest zbiorem bajek pełnych fantazji i humoru. Zaskakujące połączenie motywów tradycyjnych ze współczesnym widzeniem świata sprawia, że "Błękitna księga bajek" jest książką niekonwencjonalną. W 1976 roku została wpisana na Honorową listę im. J.Ch.Andersena.

Oczywiście w końcu zdobyłam własny egzemplarz :)

Opowieści tajemnicze i szalone


Co jakiś czas wracam z połowów na mieście z nowymi zdobyczami. Często wygrzebanymi w tanich księgarniach, dworcowych antykwariatach, czy porzuconych na śmietniku. Książki są w różnym stanie i z różnych lat. Nowe i stare, kolorowe i piórkiem ilustrowane. Wobec żadnej z nich nie mogłam pozostać obojętna :)

Na początek najnowszy nabytek, wydany przez Naszą Księgarnię w 2007 roku. "Opowieści tajemnicze i szalone" Edgara Allana Poe znalezione na taniej książce w zeszłym tygodniu. Ze wspaniałymi, klimatycznymi ilustracjami Grisa Grimly. Ta książka dla dzieci (O! Tak! Dla dzieci!) zawiera cztery opowiadania Poe "nieznacznie nastrojone" (jak bardzo nieznacznie nie jestem w stanie określić, gdyż za oryginalnym Poe nigdy nie przepadałam). Są to: Czarny kot, Maska czerwonej śmierci, Żaboskoczek i Upadek Domu Usherów. Opowiadania są okraszone czarnym humorem i makabrą. Całości dopełniają ilustracje, które doskonale oddają i uzupełniają nastrój poszczególnych opowiadań. Po prostu zakochałam się w tych ilustracjach, a kot z pierwszego opowiadania to najlepiej narysowany najbrzydszy kot, jakiego widziałam (do tego bez jednego oka).
Jeśli ktoś lubi filmy Burtona - Miasteczko Halloween i Gnijącą Pannę Młodą, to ta książka jest utrzymana w podobnym klimacie. Postacie są paskudne, mają złośliwe uśmiechy, nie brak wyłupionych oczu, a trup ściele się gęsto. Czytając tą, jakby nie było, książeczkę dla dzieci (tych starszych), czułam zimny dreszcz pełznąc po plecach również dzięki ilustracjom.

Ni mniejszym pan Gris Grimly zostaje dopisany do mojej listy ulubionych ilustratorów. Być może NK pokusi się o wydanie innych książek z ilustracjami tego autora. Będę wypatrywać :)





Początek

Czasami czuję potrzebę wypisania się o przeczytanych książkach. Tutaj będzie miejsce na to. Na książki dla małych i dużych. Recenzje, przemyślenia i wspomnienia. A wszystko wokół literatury we wszelakich odmianach, bo czytam sporo i różnorodnie :)
Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.