opowiadania


 Wszystkie poniższe teksty są mojego autorstwa, jakiekolwiek kopiowanie, pożyczanie bez mojej wiedzy podlega pod ustawę o ochronie praw autorskich.

Kabaczki

Opowiadanie pretendujące do SF, chmm... 


-Au! To bolało! Zwariowałeś?! Dlaczego walisz mnie po głowie tym czymś?!
-Fajne nie? Znalazłem to COŚ pod transporterem.
-Przyniosłeś to z zewnątrz? Chyba ci już totalnie odbiło! A mówią, że hibernacja nie szkodzi na mózg. I czego wydymasz tak te wargi? Dobrze wiesz, że zachowujesz się jak dziecko! Prawda Artur, że mam rację?
-Hm…?
-Zostaw go. Nie widzisz, że zajęty! Szuka inteligentnych form życia na tej łysej planecie. A tutaj NIE MA NIC! …No…Po za tymi kabaczkami, które rozumu nie mają za grosz.
-Kabaczkami?! Artur!!! Powiedz mu coś! Przecież to nie są żadne kabaczki tylko herkatolis zielony ziemny- tutejsza roślina. Artur!!?
-Co?! Daj mi spokój! Jak chce to niech nazywa je kabaczkami.
-He he he! Poszedł sobie. Mówiłem, żebyś go zostawiła…. Hej! Czekaj! Ty też? Gdzie idziesz?
*
-No i widzisz kabaczku… zostaliśmy sami. Tylko ty i ja. Ciekawe jak byś smakował. Szczerze mówiąc mam już dość żarcia w proszku.
-Nie tylko ty.
-O! Cześć Bulwa! Coś się tak wystroił? Wychodzisz na zewnątrz?
-E… Daj spokój! Właśnie wróciłem ze zwiadu.
-Taka praca żołnierzu.
-A ty co tak wymachujesz tą pałką?
-Hi hi hi! Tutejsze zielsko. Znalazłem pod transporterem… Co?
-Nic…Tylko…Tak sobie myślę i myślę…
-Myślenie to dobre przyzwyczajenie jak mawiał mój dziadek… Albo ciotka? I co żeś wymyślił żołnierzu?
-Wiesz co…Muszę lecieć! Coś mi się przypomniało! Muszę natychmiast złożyć meldunek kapitanowi!
-Ej! Czekaj! … Co jest grane?! Mam przeczucie, że znowu omija mnie jakaś impreza… Chodź Kabaczku, zobaczymy gdzie się sępy zbierają… Może się czegoś dowiemy.
*
-Gdzie są biolodzy?! Zawsze jak są potrzebni to ich nie ma! Rats migiem mi tu sprowadź któregoś! A ty…
-Tak jest sir! O! Właśnie jeden nadchodzi!
- No nie! Tylko nie on! Cholera! Bulwa przygotuj oddział do wymarszu. Rats spław Lensa.
-Tak jest sir! … Zawsze najgorsza robota dla mnie…

*
-Cześć Lens. Co masz?
-Cześć Rats. A co mi za to dasz? Całusa?
-Zabawny jak zawsze… Szukają cię w laboratorium.
-Taaak? A dokąd poszedł Bulwa?
-Sprawy wojskowe, biologom nic do tego… Pokazywanie języka świadczy jedynie o twoim upośledzeniu umysłowym. Jeżeli uważasz, że takie szczeniackie zachowanie jest…
-…Nie unoś się tak, bo ci ciśnienie skoczy i trzeba cię będzie zahibernować! Pa pa! Rozmowa z tobą to jak zwykle sama przyjemność.
-Idź do diabła!!!
*
-Widzisz kabaczku, tak właśnie wygląda życie na stacji na obcej planecie, gdzie tylko puste pola i kabaczki, kabaczki i puste pola i my samotni wędrowcy poszukiwacze Grala…Eh… popadam w melancholię. I gadam sam do siebie! Chyba rzeczywiście hibernacja szkodzi na mózg! Nie, zawsze gadałem sam do siebie… Czyli jestem nadal normalny- zdrowy na ciele i umyśle…Chociaż z drugiej strony… Z warzywami jeszcze nie zdarzyło mi się dyskutować. Ha ha ha !!..... E…? Oj oj ojej!!! MATKO JEDYNA!!! Kaaaaabbbaaaaczkuuuuuuuuuuu!!! Wracaj!!!
*
-Au! Czego tu stoisz z rozdziawioną gębą? Tylko się człowiek o ciebie potyka!
-Bulwa! Widziałeś?!
-Widziałem dziś już wiele, bardzo wiele. Cholera! Przestań mnie szarpać za rękaw!
-Kabaczek…
-Stary nie mów mi o tych swoich kabaczkach, bo właśnie to kurestwo ukradło transporter- ten na gąsienicach. Połowa moich chłopaków je goni! Są jak mrówki- małe gówno, a jak trzeba to wszystko wywleką!
-Czekaj jak to…?
-Mnie nie pytaj! No puść mnie wreszcie! Śpieszę się! Stary czeka na raport!
-A…a…Ale…Czekaj! Idę z tobą!
-Bez obrazy, wiesz, że Stary ma na ciebie alergię. Lepiej trzymaj się od tego z daleka!
-Ale…
-Na razie!
*
-Nie rozumiem, nic z tego nie rozumiem. Raz jeszcze… Zawlokły transporter na to skaliste wzniesienie. Tak? Tak. I co? Znowu zrobiły się warzywami?
-Tak to wygląda sir. Ani drgną. Żadnych oznak życia. Strasznie ich tam dużo. Nie dostaniemy się do sprzętu bez ofiar w kabaczkach…e…to znaczy…tych…no ziemnych zielonych…
-Dobra, dobra. Bulwa, wyznacz wartowników i nie spuszczajcie z nich oka. Artur, co ustalili biolodzy?
-Zmienna forma życia. Potrafią doskonale wyciszyć funkcje życiowe. Ich organizmy w stanie spoczynku wykazują cechy warzywa. Ożywione wydzielają słabe ciepło. Z boków wyrastają macki służące za odnóża jak też za chwytaki. Bardzo dziwna forma. Jak na razie nie wiemy jak się odżywiają, ale przypuszczamy, że zachodzi proces podobny do ziemskiej fotosyntezy…
-Możemy je rozstrzelać?
-No cóż… Zarówno w formie spoczynku jak i ożywionej nie stanowią dla nas zagrożenia. I jak dotąd nie reagowały na żadne bodźce. Ich zachowanie pozostaje wielką zagadką…
-Nie dla mnie.
-Lens…Nie teraz…Rozmawiamy tu na poważne tematy.
-Jako biolog mam prawo do wyrażenia własnej opinii. Prawda?
-Nie odpuścisz, prawda?…Byle krótko!
-Moim skromnym zdaniem tutejsze istoty, uznawszy nas za wrogie stworzenia, uruchomiły swój system obronny. Przez cały czas jednak czuwały mając wszystko pod ścisłą obserwacją. Zauważyły, że wielkie, dziwne potwory połykają nas i wypluwają… No wiecie, takie rozumowanie jak u pierwotnych kultur… Uznawszy transportery za istoty wyższego rzędu porwały jeden z nich. A teraz oddają mu hołd. Modlą się by „Wielki i Potężny Mannitu” pożarł nas na zawsze. Taka jest moja teoria. Tak na moje oko to bardzo religijny naród.
-Według ciebie one się modlą… Tak?
-Oczywiście! Dzięki długiej i żmudnej medytacji mogą przetrwać na tej niegościnnej planecie obniżając poziom funkcji życiowych do kompletnego zera. Komunikują się między sobą dzięki telepatii. Ich potrzeby oraz członki zostały ograniczone, gdyż prowadzą intensywne życie w wymiarze duchowym… To znaczy skoro się poruszają, to znaczy, że nie zatraciły całkowitych zdolności ruchowo- kinetycznych. Muszą tylko rzadko ich używać.
-Lens. TO-JEST-NAJGŁUPSZA-TEORIA-O-JAKIEJ-SŁYSZAŁEM! No może za wyjątkiem tej, którą wymyśliłeś na Xantiusie. Rats, co to wtedy było?
-Planeta jako wewnętrzna część organizmu do, którego niechcący wlecieliśmy.
-Taa.
*
-O Ty Który W Swych Trzewiach Trzymasz Istoty Piekielne oszczędź nas! Ommm Ommm!
-Omm Omm Omm..

--------------------------------------------------------------------------------------

Guzik i Wiewiórka

Wielkanocne opowiadanie z Wrocławiem w tle

Padający śnieg z deszczem po zetknięciu z ziemią tworzył nieprzyjemne błoto.
Guzik stał na skrzyżowaniu Szewskiej z Grodzką. Postawił kołnierz kurtki, mocniej naciągnął czapkę na głowę i czekał na zmianę świateł.
Ciężkie chmury nie wróżyły szybkiej poprawy pogody. Zaklął w duchu. Wilgoć i wiatr od Odry przenikały przez grubą warstwę odzieży, jaką miał na sobie. Skulił się jeszcze bardziej próbując zachować resztki ciepła. Wyglądał niczym szarobura kulka w czerwonej marynarce i czapce z daszkiem obszytej guzikami tak dokładnie, że materiału już nie było spod nich widać. Każda sztuka odzieży pochodziła z innego śmietnika. Za wyjątkiem czapki i długiego wełnianego szalika – te znalazł na początku roku porzucone w komunikacji miejskiej. Czapeczka została natychmiast zaanektowana i obszyta bogatą kolekcją guzików, którą do tej pory trzymał w tekturowym pudełku. Te, które nie zmieściły się na czapkę doszył do szalika, tworząc oryginalny i jedyny w swoim rodzaju komplet.
Zielone światło zamrugało przyjaźnie do czekających na przejście.
Guzik skierował się prosto w stronę strzelistych wież katedry na Ostrowie. Szedł wzdłuż rzeki coraz bardziej trzęsąc się z zimna.
Odetchnął trochę dopiero między budynkami Ostrowa. Tam już tak nie wiało. Zatrzymał się na Placu Kościelnym i rozejrzał uważnie wokoło. Koreańska wycieczka szczękając zębami przemknęła obok niego ledwo rozglądając się na boki. Na niego nikt nawet nie spojrzał.
Z przepastnej kieszeni marynarki wygrzebał zegarek z pękniętą szybką i przez chwilę wpatrywał się w wskazówkę minutnika jedyną jaką posiadał. Dochodziła piętnasta, prawdopodobnie, a przynajmniej tak powinno być, bo zaczynał robić się głodny.
Deszcz przestał padać, śniegowe chmury też gdzieś się rozpływały i nieśmiało zaczęło wyglądać zza nich słońce. Zupełnie jakby natura przypomniała sobie ze zdziwieniem, że jest już wiosna.
Wyciągnął twarz ku słońcu i czekał. Zawodzący głos zakonnika prowadzącego Drogę Krzyżową wprowadził go w lekki trans. Zasłuchany nie zauważył, kiedy przyszła.
Policzki miała zarumienione z zimna, ale w jej oczach tańczyły złote, figlarne iskierki. W cienkich pantofelkach zgrabnie przeskakiwała przez kałuże wprawiając przy tym w ruch tysiące rudych loków, które podskakiwały jakby żyły własnym życiem. Zdyszana zatrzymała się obok Guzika. Właściwie zatrzymała się na nim zarzucając mu ramiona na szyje i całując z głośnym cmoknięciem w sam środek nosa.
Guzik udając oburzonego zmarszczył groźnie brwi, co spowodowało u niej wybuch perlistego śmiechu.
-Czekałeś! Długo czekałeś?
-Nie..tylko…
-To dobrze, musiałam skończyć wiosenne porządki, wiesz jak one nie lubią kurzu! Potem przeganiałam Praczki z naszego brzegu. Dlaczego one zawsze przepływają na naszą stronę? Powinny im wystarczyć mosty, które sobie bezczelnie zasiedliły! A potem upinałam na Pani nową sukienkę, będzie w niej pięknie wyglądać!
-Pani zawsze pięknie wygląda. – Guzikowi ledwo dało się wcisnąć to zdanie, a już został zasypany całym potokiem słów. Dowiedział się, gdzie najprędzej spotka kominiarza, na którym dachu, gdyby przypadkiem potrzebował trochę szczęścia. Poznał tajemnicę pieczenia najlepszej baby wielkanocnej pod słońcem i usłyszał, kto się zaręczył, kto rozszedł i gdzie podają najlepszą czekoladę w mieście.
Rudowłosa nie przerywała swojego szczebiotu nim nie doszli do parku. Dopiero tam rzuciła się na trawnik, a raczej coś, co będzie nim w przyszłości, w poszukiwaniu kwiatów.
Z czułością przyglądał się jej radosnej bieganinie. Może gdyby nie był wygnańcem, mógłby wziąć ją za dłonie i powiedzieć o swoich uczuciach, a ona nie zbyłaby go śmiechem?
Westchnął ciężko.
- Cóż by była z nas za para.- Pomyślał z goryczą- Smukła nimfa i nieporadny skrzat. Otrzymał już od niej wszystko, co mogła mu dać- szczerą przyjaźń.
-Spójrz, stokrotka!- Wyrosła tuż przed nim uśmiechając się łagodnie i z czułością głaszcząc delikatne płatki maleńkiego kwiatka. Zadrżał na myśl o tym, że te białe, smukłe dłonie mogłyby w taki sposób dotykać jego twarzy. Zadrżał.
-Zimno ci? Och! Jaka ze mnie idiotka! Przecież jesteś cały przemoczony! Musiałeś strasznie zmoknąć idąc na spotkanie ze mną. Powinniśmy pójść gdzieś, gdzie się ogrzejesz i wyschniesz! Może do… - Urwała w pół słowa widząc smutek w jego oczach. Radosny nastrój prysł. Udawanie, że są sobie równi, skończyło się.
- Wracaj do domu, do Pani. Za dwa dni Wielkanoc. Musisz pomagać w przygotowaniach. No już, uciekaj Wiewiórko!
- Jeszcze chwilę, poradzą sobie beze mnie! Odprowadzę cię kawałek! Do Rynku.
Pokręcił głową. Najchętniej zostawiłby ją przy sobie na zawsze, ale nie mógł. Rozciąganie pożegnania tylko raniło go jeszcze mocniej.
- Nie. Idź. Niedługo znów się spotkamy.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.
Cmoknęła go swoim zwyczajem w nos i pobiegła w stronę kanału.
Znowu jej obiecał, chociaż miał już tego nie robić. Skulił się w sobie i przygarbił. Mijający go ludzie ślizgali się po nim wzrokiem starając się nie widzieć jego brudnych ubrań i zarostu. Zawsze w parku trafiał się jakiś bezdomny kloszard. Powłócząc nogami skierował się na zachód. Za miasto, tam gdzie koczowali tacy jak on- pozbawione domu i nadziei istoty.

Wiewiórka siedziała nad brzegiem Odry naprzeciwko Ostrowa Tumskiego i bawiła się złotym jajem, które dostała dziś o świcie od Pani. Czekała na ten magiczny moment, kiedy w kościołach rozdzwonią się wszystkie dzwony ogłaszając początek świąt. Świąt, które posiadały w sobie wystarczający pierwiastek starej wiary by i oni mogli się bawić.
Po drugiej stronie, pod jednym z mostów, dwie Praczki wykłócały się o skrawek brudnej tkaniny, jazgocząc przy tym nieznośnie. Dla Praczek każdy dzień był taki sam. Świętowały jedynie wtedy, gdy udało im się wyłowić z rzeki jakiś naprawdę cenny rarytas.
Promienie porannego słońca odbijały się od jaja i rzucały złote refleksy na twarz dziewczyny. Mężczyźni idący do kościoła ze swoimi żonami oglądali się na nią z zaciekawieniem. Ale była dla nich jedynie ulotną chwilą, o której szybko zapominali jakby nigdy nie istniała. Pani mówiła, że to jeden z darów, jakie posiadała stara rasa- umiejętność bycia niewidocznym dla ludzi. Prawda była o wiele bardziej bolesna, byli już tylko cieniami. Pozbawieni wiary, pozbawieni ofiar i darów trwali na granicy światów. Wielkanoc była świętem, kiedy stare pogańskie obyczaje mieszały z nową wiarą dając i im jakąś nadzieję. Świętowali więc i cieszyli się z tych okruchów, jakie zbierali z Pańskiego stołu.
- Wielkanoc to czas odrodzenia, czas nadziei dla wszystkich, którzy ją utracili.
Zerwała się z ziemi słysząc za plecami łagodny głos bogini.
- Pani!
- Mogę się przysiąść?- Nie czekając na odpowiedź, usiadła na młodej trawie i z uśmiechem kiwnęła Wiewiórce zachęcając by z powrotem usiadła. Przez chwilę obie milczały wpatrując się w rzekę. Praczki wyniosły się pod któryś z dalszych mostów. Ciszę przerywały jedynie nieśmiałe ptasie głosy. – Co z nim zrobisz?
- Z tym?- Na wyciągniętej dłoni lśniło złote jajko- Jeszcze nie zdecydowałam. Chciałabym je komuś podarować.
Bogini pokręciła głową, a jej jasne włosy mieniły się w słońcu złotem i zielenią.
-Cokolwiek zdecydujesz nie pomyl przyjaźni i przywiązania z miłością.
Kobieta podniosła się i z matczyną czułością pogładziła Wiewiórkę po włosach.
-Dla niego brama pozostanie zamknięta na zawsze. Miał wybór i wybrał życie wśród ludzi. Nie pomoże tu nawet złote jajko, żadna magia nie sprawi by mógł powrócić. Nie ma takich czarów.
-Dlaczego?
-Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania.

Stała przy fontannie ozdobionej kamiennymi skrzatami. Łzy kapały jej do wody. W dłoni ściskała wielkanocny dar od Pani. Guzik stał z pochyloną głową za jej plecami i milczał. Odwróciła się i wyciągnęła dłoń.
- Mimo wszystko chcę, żebyś je wziął.
- Nie mogę. Nie potrzebuję go. Ono ma chronić ciebie.
Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się nieznacznie.
- I tak jesteśmy skazani na zagładę, czyż nie? Jesteśmy cieniami i wraz z nadejściem świtu jak cienie się rozpłyniemy.
Nie wytrzymał. Przyciągnął ją do siebie i przytulił.
- Nie jesteś cieniem. Czuję twój oddech i bicie twego serca, zapach twoich włosów!
- Nikt w nas nie wierzy!
- My wierzymy!
- Sami jesteście tylko wspomnieniem!
- Mylisz się. Jak myślisz, dlaczego musiałem odejść? Ja, a przede mną inni? Bo wiara ludzi w krasnoludki sprawiła, że staliśmy się zbyt rzeczywiści dla Waszego świata. Może to zabrzmi dziwnie, ale wcale nie cieszymy się z tego. Teraz nie należymy do żadnej z rzeczywistości. Być może z czasem znajdziemy swoje miejsce, ale na razie jesteśmy wyrzutkami.
- Nie rozumiem. Czy to oznacza, że macie zakaz wstępu do nas, ale jednocześnie istniejmy dzięki waszej wierze?
- No, nie całkiem. My w Was nie do końca wierzymy, nie w taki sposób. Istniejecie, bo czerpiecie siłę z magii, która unosi się w powietrzu tego miasta. To ono nas chroni. Poza jego granicami już dawno przestalibyście istnieć. Na tym polega magia Wrocławia. No, nie płacz już. Wszystko będzie dobrze. A złote jajko zachowaj dla kogoś, kto będzie na nie zasługiwał.
Gdzieś w głębi oczu zapaliły jej się figlarne iskierki, które natychmiast zgasły. Zrobiła całkiem poważną minę i włożyła mu w dłoń dar. Zacisnęła jego palce na jajku i uniosła je do ust.
- Jesteś zdecydowanie zbyt skromny.
Jej perlisty śmiech zmieszał się z pluskiem wody. Ale trwał zaledwie chwilę przerwany przez Guzika, który zbyt długo czekał na ten pierwszy pocałunek by móc się mu oprzeć.

--------------------------------------------------------------------------------------

Pechowy dzień

(opowiadanie, które powstało na wyzwanie Magdaleny Kordel
"Wydarzyło się w Malowniczem" )

Drzwi otworzyły się z hukiem, a na progu domku wczasowego stanęło brudne stworzenie, które na pewno jeszcze kilka godzin temu było jednym z młodszych kolonistów, teraz jednak Agatka miała pewne wątpliwości, czy to przypadkiem nie jakiś leśny chochlik. Nie zdążyła jednak nawet otworzyć ust, by o cokolwiek zapytać.
-         Prosepaaaniiiapodhuśtawkąbyłwąz! – wykrzyczał przejęty chłopiec. Nabrał powietrza i dodał rozkładając ręce - Taaaaki długi!
-         Przesuń się! – za nim do pokoju wcisnęła się Honoratka, niewiele większa od kolegi. Ale równie przejęta. W przeciwieństwie jednak do niego idealnie czyściutka – To wcale nie był wąz, tylko zmija zygowata. Tata mi mówił, że tutaj takie grasują i nie można ich dotykać. Proszę pani, bo on dotykał zmije kijem i prawie go ugryzła.
-         Wcale nie dotykałem!
-         Właśnie, że tak! Widziałam! Proszę pani, a Staś teraz umze?

Dzieci wlepiły w nią oczy z zainteresowaniem. Staś jakoś nie przejął się wizją swojej śmierci. Nie wyglądał też na ugryzionego przez żmiję więc Agata ostrożnie odetchnęła.
-         Stasiu, jak dokładnie wyglądał TEN wąż?
-         Miał takie straszne żółte koło oków. I wcale mnie nie ugryzł, tylko uciekł w trawę.
-         Posłuchajcie, to był zwykły zaskroniec, a nie żmija … zygzakowata. ..
-         Zygzogowata? –weszła jej w słowo Honorata.
-         Honoratko, żmija zygzakowata. Pokażę wam zaraz jak wygląda i jest naprawdę groźna. Nie można jej dotykać, ani się do niej zbliżać. Gdy któreś z was lub ktoś inny ją zobaczy trzeba od razu powiadomić kogoś dorosłego, a najlepiej pana Adama.
-         A taka zmija zygzogowata zwisa drzewa i dusi? Widziałam na jednym filmie, jak zdusiła i zjadła krokodyla. Potem przyszli Indianie wysmarowani na czerwono i mieli takie O w nosach i na jednego się rzuciła i potem tata kazał mi iść spać. Powiedział, że to nie dla dzieci. A ja tak byłam ciekawa, czy ten waz zje Indiana, jak zjadł już krokodyla i …

Wychowawczyni nie udało się wyjaśnić, czym różni się żmija, od boa dusiciela, bo do pokoju weszła Marta przerywając monolog Honoraty. Za nią szły usmarkane i zapłakane bliźniaki - Ksawery i Poncyliusz.
-         A tym co? – zaniepokoiła się koleżanka.
-         To co zawsze – machnęła ręką Marta. – Pokłócili się i poprzepychali. Jeden wylądował w pokrzywach, drugi chciał mu pomóc, no i teraz obaj beczą. A ty Stasiek, gdzieś się tak ubabrał?
-         To jest mój super tajny kamuflaż wojownika nindzia.
-         Phi. – prychnęła Honorata. – A wie pani, że widzieliśmy prawie zmije zygazowatą?

Marta uniosła brwi i popatrzyła zaniepokojona na Agatę. Nie zdążyła jednak otworzyć ust, bo do domku wsunęła się kolejna postać.
-         Proszę pani – wyszeptała Przepraszam-Że-Żyję Marysia, jak opiekunki ją nazywały między sobą. – Przepraszam, czy mogę trochę pograć?
-         Ruch jak na Centralnym – szepnęła do siebie Marta i już głośniej dodała. – Marysiu, Nie możesz ciągle pożyczać telefonu pani Agaty i grać na nim, bo innym dzieciom będzie przykro.
-         Proszę, proszę, tylko pięć minut. Skończę tylko poranną rundkę. Proszę. Proszę.
-         A ja mogę potem? – podłapała od razu Honorata.
-         My też – zakrzyknęły bliźniaki zapominając o poparzonych nogach. – Ma pani snejka?
-         Ja tam wole być nindzia- powiedział Staś i wymaszerował dumnie z domku. – Ide walczyć z wezami i zmijami w dzungli!

Pięć par oczu wlepionych w Agatę sprawiło, że poczuła się lekko nieswojo. Starsza koleżanka pokręciła głową z dezaprobatą. Na szczęście sytuację uratował Krzysiek, opiekun chłopców.
-         Marta szukam cię wszędzie od godziny. Miałaś jechać do Malowniczego.
-         O fak… tycznie – pacnęła się w czoło wywołana do odpowiedzi. – Ty, może Agata by pojechała. Muszę przygotować moją grupę do przedstawienia na jutro, a są wyjątkowo oporni.
-         To co z tym graniem? – zapytał Ksawery, albo Poncyliusz.
-         Jak to co? Pani Agata jedzie do Malowniczego po sprawunki, a wy sio na podwórze się bawić! No już kurczaki, sio.

Po chwili Agata szła lekko zdezorientowana nagłą zmianą sytuacji do samochodu, ściskając w jednej ręce kluczyki, a w drugiej torebkę i listę zakupów. Wyjazd do miasteczka był zawsze przywilejem, a zakupy to zazwyczaj drobiazgi, które okazywały się niezbędne dla kolonistów lub ich opiekunów. Taka bibuła czerwona była niezbędna, a właśnie jej zabrakło. 
Malownicze, było najbliższym większym miasteczkiem. Zaledwie 40 km górskimi zakrętami. Agata była w nim dwa razy. Raz jak wysiadła na stacji z grupą dzieciaków i została od razu zapakowana do autobusu, który zawiózł ich do Doliny Liczyrzepy, czyli ośrodka kolonijnego. I drugi raz, gdy Marta zabrała ją kilka dni po przyjeździe, na drobne zakupy.
W ośrodku pracowali okoliczni mieszkańcy z maleńkich wiosek ukrytych wśród dolin Sudetów. Z Malowniczego był tylko pan Adam.

-         Myślisz, że nie pobłądzi? – zapytał Krzysiek powątpiewająco.
-         To duża dziewczynka, da sobie radę. Może jechać albo w prawo albo w lewo. Tak, czy siak dojedzie do Malowniczego, co najwyżej nadłoży drogi. Znaki są. Trafi.
-         Jak uważasz. Ja tylko pragnę zasugerować, że górskie drogi, to nie to samo, co Aleje Jerozolimskie.
-         Na szczęście! Zresztą i tak na to za późno – dorzuciła koleżanka beztrosko patrząc na tuman kurzu wzniecony przez niknące za bramą auto. – Przyda jej się chwila wytchnienia od dzieciaków. Każdy jej czasem potrzebuje.
-         Na co tak patrzycie? – zagaił przechodzący obok pan Adam – A właśnie Krzysiek dałeś już Marcie kluczyki od żuczka? Marta, pamiętaj, żeby go zatankować w Malowniczym. Tam jest taka mała stacyjka, jak się wjeżdża. Do miasta paliwa ci starczy, ale z powrotem mogłabyś już nie wrócić.
-         A nie, panie Adamie, ja jednak nie jadę. Wysłaliśmy Agatę. Niech się dziewczyna rozerwie i tak miała mieć wolne popołudnie.
-         Ale powiedzieliście jej żeby zatankowała w mieście? – zaniepokoił się Adam.
-         No chyba sama się zorientuje, że jej paliwa brakuje? – zaśmiała się Marta, myśląc przy tym, że faceci niekiedy uważają kobiety za jakieś upośledzone, gdy chodzi o motoryzację. Panowie popatrzyli na siebie, a młodszy poszarzał na twarzy.
-         Zapomniałem panie Adamie, jakoś mi całkiem z głowy z wyleciało?
-         No co wy, o co chodzi?
-         Jak wiesz Marto żuczek, to stare auto i jak to stare auto ma swoje kaprysy. Na przykład ostatnio wskazówka pokazująca poziom paliwa zacina się. Ja jeżdżę na zeszyt, to znaczy wiem kiedy i ile tankuję więc mniej więcej wiem, ile tam tego   jeszcze jest. Dlatego prosiłem Krzyśka, żeby przekazał, że trzeba w Malowniczym podjechać do Mariana na stację i zatankować do pełna.
-         Nic się nie stało, zaraz do niej zadzwonię i będzie po kłopocie!
-         No, mam nadzieję – rzucił przez ramię pan Złota Rączka odchodząc do swoich obowiązków.

Autko zwane pieszczotliwie żuczkiem jechało przez las podskakując radośnie na nierównej drodze. Agata, żeby dodać sobie animuszu wrzuciła w odtwarzacz płytę ze starymi przebojami i podkręciła muzykę. Leśna droga prowadząca do Doliny kończyła się dochodząc do niewiele szerszej, ale przynajmniej asfaltowej szosy. W prawo jechało się w dół, w lewo droga pięła się lekko pod górę na której szczycie widać było ruiny zamku. Dziewczyna skręciła w prawo, to była chyba najbliższa trasa do miasta. Gdzieś właśnie w tym momencie, zagłuszany telefon, schowany w torbie, która została rzucona na tylnie siedzenie, wydał ostatnie tchnienie. Bateria wymęczona rączkami Marysi padła.

Miasto, a właściwie miasteczko przywitało ją leniwym popołudniem. Letni skwar dawał się wszystkim we znaki. Kilkoro dzieciaków goniło się wokół fontanny na głównym placu. Miejscowi pijacy gdzieś się rozpierzchli w poszukiwaniu cienia. Nawet koty, zazwyczaj wygrzewające się na słońcu, znalazły sobie przyjemniejsze miejsca na sjestę. Agacie od razu udzieliła się ta senna i leniwa atmosfera. Było tu zupełnie inaczej niż wśród krzykliwych, rozbrykanych kolonistów. Wyjęła listę ze sprawunkami i jako pierwszą postanowiła zaliczyć księgarnię. Przechodząc obok mięsnego zauważyła, że właścicielka intensywnie pucuje szybę wystawową, która wcale nie wyglądała na zakurzoną. Poruszył ją ten obrazek niczym z pocztówki o małych mieścinach, gdzie wszystko jest pełne ładu i porządku, o który dbają sami mieszkańcy. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i z zadowoleniem stwierdziła, że miała dobre przeczucie zakładając dziś długą, białą i zwiewną sukienkę. Gdyby się odwróciła zauważyłaby pewnie, że pani od mięsnego nie przypadkiem właśnie w tym momencie wzięła się za porządki. Na przystanku autobusowym rozłożyła się grupa młodzieży. Wprawdzie turyści o tej porze roku, to nie było tu nic nadzwyczajnego. Ale młodych ludzi wyglądających, jak z dokumentów o trudnej młodzieży, w ciężkich butach i czarnych skórzanych kurtkach należało mieć na oku. Szczególnie takich, gdzie trudno było stwierdzić, czy to chłopcy, czy dziewczęta.
-         Matko jedyna, gorąco jak w piekle – westchnął Brodacz jedyny z grupy, co do którego Kraśniakowa nie miała wątpliwości, że jest płci męskiej.
-         To co idziemy na zamek, czy rozbijamy się gdzieś tutaj? – zapytała jedna z dwóch dziewczyn z nadzieją w głosie.
-         Na zamek! Na zamek! – zakrzyknął Rudzielec i odtańczył dziki taniec powodując przy tym chęć wzywania policji przez obserwującą ich kobietę.
-         Zawrzyj ryja Młody! – zgasił go kolega. – Czego robisz bydło. Idziemy na zamek. Ale pójdziemy skrótem, będzie szybciej. W lesie jest chłodniej niż na tej patelni. Ruszajcie dupska idziemy, bo inaczej, to przed zmrokiem nie dotrzemy, a za dwa dni mamy się stawić na wykopaliska i nie będzie czasu na włóczenie się po górach.

Agata z zadowoleniem wykreśliła ostatni punkt z listy. Załadowała sprawunki do auta i sięgnęła po telefon sprawdzić godzinę. Przy okazji chciała jeszcze zadzwonić do Marty, czy nic więcej nie potrzebują. Niestety telefon włączył się jedynie na chwilę i ponownie zgasł.
-         Szit – zaklnęła i wrzuciła go z powrotem na dno torebki. Nie chciało jej się jeszcze wracać.
W kawiarence naprzeciwko, której parkowała, zauważyła lody, na które nabrała nagłej ochoty. Z trzema gałkami swoich ulubionych smaków usiadła w parku na ławce i z zainteresowaniem obserwowała tablicę informacyjną z mapą. Bez trudu odnalazła miejsce, gdzie znajdowała się Dolina Liczyrzepy. Faktycznie nie tak daleko od Malowniczego. Gdzieś w połowie drogi między miasteczkiem, a ośrodkiem, na mapie były zaznaczone ruiny zamku. Wystarczyło tylko jechać dłuższą drogą i wtedy przejeżdżało się tuż obok nich. Nie zastanawiała się długo. Wprawdzie rozsądek podpowiadał jej, że powinna pojechać trasą którą zna, a riuny zwiedzić z dzieciakami. Z drugiej jednak strony zwiedzanie samemu, to zupełnie co innego, niż z rozbieganą gromadką pytalskich maluchów.

Pan Adam westchnął i ponownie wykręcił numer swojego siostrzeńca Franka. Połączenie było kiepskiej jakości i co chwilę się rwało.
-         Zasięg w górach- westchnął. Po chwili złapał sygnał i przekrzykując trzaski próbował wyjaśnić siostrzeńcowi, że ma natychmiast jechać do Malowniczego, odnaleźć czerwonego żuczka i zmusić kierowcę, by podjechał na stację benzynową. Próbował powiedzieć coś więcej ale połączenie znowu zostało przerwane. – Kurka zielona! Gdzie ten chłopak się znowu włóczy, że nie można się z nim połączyć?

Tymczasem Franek schował telefon do kieszeni i zdezorientowany zastanawiał się o co do licha chodziło wujowi. Jeśli dobrze zrozumiał miał jechać do Malowniczego i to natychmiast, na poszukiwanie jakiegoś robala. Czerwonego. Westchnął ciężko, wziął oparty o drzewo rower i z mozołem pnąc się pod górę ruszył w kierunku miasteczka.

Właścicielka kawiarenki odebrała telefon.
-         Hm, no nie wiem, kręci się tu dziś trochę turystów… W białej sukience! Była. Nie, poszła. Ale czekaj parkowała przy parku było widać jej auto… Nie, nie ma. Już pojechała… Jak tylko zobaczę Franka… Nie, żaden problem, cieszę się, że mogę chociaż tyle pomóc. No pa.

Brodacz zrzucił z ramion ciężki plecak, reszta poszła za jego przykładem.
-         To co, tutaj się rozbijamy?
-         Tutaj? – zapytała powątpiewając jedna z dziewczyn.
-         No tutaj. Blisko do strumienia, będzie się gdzie umyć. Polanka niczego sobie. Zresztą – wzruszył ramionami – jesteśmy na miejscu biwakowym, jest nawet krąg do rozpalenia ogniska.
-         I do zamku niedaleko – ucieszył się Młody. – Może jakaś Biała Dama nas nawiedzi nocą! Hu hu hu! Słyszałem, że tutejszy duch jest wyjątkowo krwiożerczy!
-         Nocą to ty nosa za namiot nie wyściubisz mieszczuchu. Rozbijamy się, trzeba zdążyć przed wieczorem. W takich lasach szybciej robi się zmrok. I przestań gadać głupoty. Duchów nie ma.

Dziewczyna zaparkowała na leśnym parkingu i z mozołem wdrapała się do zamku. Po drodze minęła rozgadane towarzystwo, które schodziło na dół. Od razu poczuła się lepiej. Wprawdzie nie było jeszcze zbyt późno, ale dobrze jest spotkać ludzi na szlaku. W zasadzie nie zwrócili na nią większej uwagi. Pozdrowili się mijając i poszli. Ona do góry, oni na dół.
-         No ładnie – powiedziała stojąc przed zamkniętą furtą strzegącą wejścia do ruin, na której wisiała karteczka: czynne od 8 do 17.- To sobie pozwiedzałam. Najwidoczniej to byli pracownicy, a nie turyści. Może dlatego tak na mnie zerkali podejrzliwie. Podłość ludzka nie zna granic, mogli chociaż powiedzieć, że już nikogo tu nie ma – marudziła pod nosem schodzą z powrotem.

Jej ponure myśli przerwał kobiecy śmiech, któremu towarzyszyło przekomarzanie. Głosy dochodziły z bocznej ścieżki. Nie miała ochoty na spotkanie z kimkolwiek, było już wystarczająco późno. Uświadomiła sobie, że straciła poczucie czasu i powinna wracać do Doliny. Zeszła na parking. Odpaliła autko. Kontrolka pokazująca pusty bak zapaliła się ostrzegawczo i zgasła. Silnik zarzęził i również zgasł. Agata wpatrywała się w deskę rozdzielczą jak zahipnotyzowana.
-         Przecież to niemożliwe - wyszeptała. – Miałam pełen bak! – Wysiadła i zajrzała pod nadwozie spodziewając się ujrzeć rozlaną plamę paliwa. Było sucho. Złapała za torebkę i telefon, ale on nawet nie próbował się włączyć.
-         No to pięknie. Co teraz? Myśl dziewczyno. Myśl. Okazja. Muszę złapać jakieś auto. Przecież ktoś tędy jeździ. – czas jej się dłużył na poboczu. Nic nie nadjeżdżało.

Niestety Agata tego nie wiedziała, ale z tej drogi rzadko kto korzystał, gdyż w górnej części była porządnie dziurawa i jeśli nawet dało się w miarę dojechać do zamku, to wyżej niewielu się zapuszczało. Ludzie woleli jechać drogą, którą przebyła do Malowniczego niż narażać się na złamanie ośki, szczególnie po ciemku. A ponieważ ruiny były czynne do siedemnastej, to komu by się chciało zapuszczać w te rejony wieczorem? Chyba tylko szaleńcom.
Jakby tego było mało niebo zasnuło się ciemnymi chmurami i powiał zimny wiatr.
Sytuacja stawała się coraz bardziej beznadziejna.
Lunęło nagle. Bez żadnych ostrzegawczych pierwszych kropel. Po prostu ktoś złośliwie wychylił się z chmury i wylał na dziewczynę wiadro wody. Przynajmniej tak się jej zdawało. Miała dość. Nie pozostawało nic innego, jak wracać piechotą do miasteczka i tam szukać pomocy. Bo przecież na tym odludziu … Agata drgnęła. Głosy z lasu! Przemoknięta, szczekając zębami stanęła przed tablicą informacyjną. Boczna ścieżka, którą mijała prowadziła na pole namiotowe.
Deszcz przestał padać równie nagle jak zaczął.
-         Tam są ludzie. Na pewno mają telefony. Słyszałam kobiecy śmiech więc to pewnie jakaś zakochana parka. Będą chcieli szybko się mnie pozbyć więc ochoczo mi pomogą. – dziewczyna zatraciła się w rozmyślaniach na tyle, że pomyliła ścieżki i zamiast pójść najkrótszą drogą na pole namiotowe poszła dookoła zamku.

Zebrali się przy ognisku, które niemrawo się tliło.
-         Czy deszcz musi zawsze spaść kiedy właśnie potrzebujemy suchego drewna na rozpałkę? – zapytała jedna z długowłosych.
-         Musi – powiedział Brodacz. – Takie jest odwieczne prawo natury. Jak to, że kromka zawsze spada na podłogę stroną z posmarowanym pasztetem, a w kasie do której stoisz brakuje papieru do druku właśnie wtedy, gdy się wyjątkowo śpieszysz. – Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głowami i stuknęli się puszkami z piwem.
-         A ty Rudy co się tak wiercisz? Mrówki ci z pniaka wlazły do rzyci?
-         Muszę w krzaki. Na stronę.
-         To idź.
-         No idę. Tylko trochę tak się zrobiło…
-         No chyba nie chcesz żebym cię zaprowadził za rączkę. O sikaniu do ogniska nawet nie myśl. Dopiero co nam się udało je rozpalić, poza tym są tu dziewczyny.
-         Ba, żeby to tylko o sikanie chodziło.
Brodacz wlepił mordercze spojrzenie w kolegę. Odwrócił się i wygrzebał z plecaka rolkę papieru.
-         No poszedł, ale to już! Póki jeszcze coś widać, to w pokrzywy zadem nie usiądziesz.
Towarzystwo zaśmiało się i wróciło do zajmującej czynności nadziewania kiełbasek na patyki.

Ścieżka ginęła w gąszczu i Agata musiała dobrze wypatrywać, żeby jej nie zgubić. Do tego szarówka w lesie pogłębiała się. Na szczęście między drzewami migotało nikłe światełko ogniska i unosił się zapach pieczonych kiełbasek. Zaburczało jej w brzuchu na samą myśl o specjałach z ogniska. Zrobiła jeszcze dwa kroki i zamarła wstrzymując oddech. Coś zaszeleściło w krzakach. Delikatnie posunęła się do przodu i wytężyła wzrok. Jakieś duże zwierzę buszowało w paprociach na wprost niej. Wydawało przy tym groźne pomruki. Dziewczyna poczuła zimny dreszcz na plecach i przypomniały jej się wszystkie horrory jakie oglądała, w których zmutowane potwory pożerały ludzi na progu ich domów, tuż pod nosem ratowników. Oblał ją zimny pot. Monstrum zachowywało się coraz głośniej, a jej nogi odmówiły posłuszeństwa, nie była w stanie się ruszyć. Nagle, to COŚ urosło, stanęło na tylnich kończynach i odwróciło się w jej stronę. Ich oczy spotkały się ze sobą. Dziewczyna jęknęła przeciągle, a zwierz ryknął potężnym basem i rzucił się w stronę ogniska.
-         Jezus Maria! Pożre ich! – złapała za gałąź i pognała za nim, na ratunek swoim przyszłym wybawicielom.
Ludzie przy ognisku zamarli słysząc przeraźliwy, rozdzierający krzyk.
-         Są tu niedźwiedzie? – zapytał w miarę przytomnie Brodacz, ale nikt mu nie odpowiedział, gdyż wszyscy gapili się w las, skąd wypadł drąc się jak opętany Rudy. Młody biegł w ich kierunku. W jednej ręce dzierżył powiewający papier toaletowy. Drugą podtrzymywał spodnie, których nie zdążył zapiąć. Jego krzyk przerodził się w niezrozumiały bełkot, który brzmiał w stylu JAŁA AMA! Za nim z lasu wybiegł upiór, rozczochrany, w białej powiewającej szacie. Na ten widok poderwali się i rozpierzchli na boki. Biała Dama ścigała Młodego wymachując kijem.

Agacie zabrakło tchu, zatrzymała się na środku polany i próbowała poskładać myśli. Rozejrzała się wokoło i zrozumiała swoją pomyłkę. Wzięła biednego chłopaka za dzikie zwierzę. Towarzystwo rozbiegło się. Została sama przy ognisku. Wzruszyła ramionami i poczuła, jak ponownie burczy jej w brzuchu.

-         Co robi? – wyszeptał Młody.
-         Żre nasze kiełbaski.
-         No co ty – obruszyła się jedna z dziewczyn. – Duchy nie mogą nic jeść, są niematerialne.
-         Ten chyba o tym nie wie. – wyszeptał Brodacz
-         Ty zrób coś. Zeżre nam całą kolację.
-         Ej, ty! – krzyknął do niej wychylając się zza drzewa – Zostaw nasze kiełbaski! Wracaj na zamek! Dziewczyna popatrzyła na brodatego jegomościa zastanawiając się po co ma niby wracać na zamek i zagryzła mięso kromką chleba. Sytuacja wydała jej się nader interesująca. Wprawdzie pogoniła jednego z kijem, ale to chyba nie powód, żeby się przed nią chować po lesie. Postanowiła poczekać.
-         I co?
-         Jajo. Siedzi i żre.
-         Ty weź ją zapytaj czego chce. Na filmach duchy zawsze czegoś chcą, potem to dostają i odlatują do nieba.
-         Sam ją zapytaj! To ciebie goniła, pewnie od ciebie coś chce.
-         Ty! Czego chcesz?! Jak możemy ci pomóc w twojej ziemskiej niedoli?!
-         Potrzebuję zadzwonić.- westchnęła Biała Dama.- Telefon mi się rozładował i nie mogę ruszyć dalej.
-         Ty, słyszałeś? Nie może ruszyć dalej. Utknęła na ziemi, bo się jej telefon rozładował. Ale jaja. No kto by pomyślał, że duchy…
-         Weźcie wy się pacnijcie w głowy – odezwała się druga z dziewczyn i wyszła na z lasu na otwartą przestrzeń. – Ej! TY! A właściwie, to co tu robisz? Po za tym, że zjadasz naszą kolację.
-         Sorry, umieram z głodu. To tylko jedna kiełbaska. Odkupię.
-         Akurat umierasz! – wychylił się Rudy – Wszystkie duchy tak mówią, a przecież i tak kurna jesteś martwa już z kilka wieków.
-         E? – Agacie zabrakło słów, po czym zgięła się w pół.
-         A teraz co jej jest?
-         Chyba ma napad dzikiego śmiechu – powiedziała Odważna i ruszyła w stronę ogniska. Reszcie nie pozostało nic innego, jak pójść za nią. Nieporozumienie zostało wyjaśnione między kolejnymi napadami radości. Chociaż panowie mieli nietęgie miny, gdy uświadomili sobie, jak się zbłaźnili.
-         Ok., dzwoń – Brodacz wyciągnął rękę z telefonem w stronę Agaty. – Na pewno już się o ciebie martwią.
-         Dzięki – dziewczyna wzięła telefon i chrząknęła zakłopotana. – Pewnie nie znacie numeru telefonu do Doliny Liczyrzepy? – pokręcili przecząco głowami. – No właśnie. Ja też nie. Szit.
-         Wiesz co? Odprowadzimy cię do samochodu i zadzwonimy na policję, może cię już szukają. Nie ma sensu żebyś sama się włóczyła po nocy. W grupie raźniej, no i jak by jakiś potwór wyskoczył z krzaków, to szybciej go dopadniemy. He he.
-         Byłabym wdzięczna.

Zeszli na parking. Zanim zdążyli zadzwonić zobaczyli pędzące w ich kierunku światełko.
-         Kolejny duch? – zapytał Rudy i chciał jeszcze coś dodać, ale Brodacz tylko warknął na niego ostrzegawczo.
-         O matko! Agata? – rowerzysta wyhamował przed nimi i zszedł z pojazdu rozcierając sobie tyłek. – Całe popołudnie jeżdżę za Tobą! Czekaj! Nic nie mów! Muszę najpierw zadzwonić do wuja, bo już wychodzi z siebie. Zaraz wracam, tylko złapię zasięg.
-         No proszę, jest nawet wybawiciel na rączym rumaku.


Franek siedział na ławce dworcowej i obserwował gołębie.
-         A wiesz, tyłek nadal mnie pobolewa. Zrobiłem wtedy rowerem sporo kilometrów przez te góry. Do Malowniczego, z Malowniczego do Doliny, potem z powrotem i znowu pod górę na zamek … W życiu się tak nie uganiałem za dziewczyną.
-         Ale chyba się opłacało, co?
-         To się jeszcze okaże.
-         Drażnisz się ze mną?
-         Nie. Agata?
-         Tak?
-         Wrócisz?
-         Tutaj? Oczywiście! Tutaj zawsze się wraca!
-         Pewnie, bo gdzie indziej jest tak malowniczo?
-         I gdzie indziej Białe Damy zajadają się kiełbaskami z ogniska?!
-         Nie zapominaj o żmijach zygowatych, które zaduszają człowieka!

Zaśmiali się oboje.
Nadjechał pociąg. 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kukułcze dziecię

(bajka, która ułożyła się wiosną, gdy kukułki jak oszalałe kukały)


Pewnej ciemnej, bezksiężycowej nocy, do drzwi chatki na skraju wsi, rozległo się ciche pukanie. Czuwający przy śpiącej żonie mężczyzna wstał zaniepokojony. Zbliżał się czas, gdy na świat miało zawitać ich pierwsze upragnione dziecko. W takie noce, pełne utopców i strzyg przemykających po drogach, było szczególnie niebezpiecznie wpuszczać kogokolwiek do domu w którym oczekiwano na potomstwo.
-         Kto tam? – zapytał przez szparę w drzwiach.
-         Zlitujcie się i pomóżcie dobry człowieku – odpowiedział mu słaby, kobiecy głos.
-         Skąd wiecie, że jestem dobrym człowiekiem, idźcie dalej poszukać ratunku.
-         Każdy jest lepszy niż mój małżonek, który w takim stanie mnie precz pogonił – zawodziła zza drzwi niewiasta. – Widziałam światło sączące się u was okiennicą, a wszędzie wkoło ciemno. Psy szczerzą kły zza płotów. Coś bulgocze w rowie. Puszczyk zawodzi. Poratujcie nim całkiem sczezne z żalu i strachu!

Mężczyzna położył rękę na skoblu.
-         A nie jesteście przypadkiem jakąś Zwodnicą, co to po świecie chodzą i na dobrych ludzi sprowadzają ciemne moce?
-         Mężu – odezwała się obudzona żona słabym, zmęczonym głosem. – Mężu. Czas iść po znachorkę. Wpuść tą biedną kobietę. Niech nie leżę tu sama.
-         Jak to? To już?  Jeszcze za wcześnie.
-         Idź mężu, byle szybko.
-         Wpuszczę was. Ale pod warunkiem, że przyrzekniecie, zaopiekować się moją żoną i włos jej z głowy nie spadnie.
-         Przyrzekam, że krzywdy jej nie zrobię, zresztą, jakbym mogła.

Uchylił drzwi i poświecił przez nie lampą zdjętą z haka. Kobieta była blada i ledwo stała podpierając się o futrynę. Widząc jej słabość odsunął się i pomógł wejść do chaty.
- Widzę, że nie tylko żonie zamawiaczka potrzebna. Zostańcie tu, a ja zaraz wrócę z pomocą.
Kobieta podeszła do leżącej i pogłaskała ją po głowie. Tamtej natomiast zdawało się, że to ptak z wielkim dziobem sfrunął z powały i nakrył ją swoim skrzydłem.

Prosta droga do wsi wyjątkowo tej nocy zawiązała się w supeł i nim mężczyzna dopadł do chaty znachorki, już świtało. Kiedy stanął na progu stara kobieta mieszała w wielkim garze miksturę, na widok znajomka zakręciła się po chacie, Chwyciła, to co potrzeba i razem pobiegli na skraj wioski. Pierwszy kogut zapiał u sołtysa i ciemności się rozpierzchły. A wraz z nimi wszystkie strachy wycofały się w leśne ostępy, na dno stawu i do starych dziupli powłaziły.
Kiedy przybyli na miejsce było już po wszystkim. Małżonka na wpół siedziała w łóżku i kołysała dwoje rumianych dzieci. Przypadł do niej przerażony.
-         Jak to tak?! – zakrzyknął.
-         Ciiii, mężu. Bo ich obudzisz, zobacz jak słodko śpią. Tu na tej ręce to Nasza, a ten tutaj dorodny chłopak… - kobieta zawahała się – Kola damy mu na imię.
-         Tfu. – splunęła starucha – Tego tutaj to mi oddaj, zaniosę go do lasu wilkom na pożarcie.
-         Co wy mówicie, babciu! To wy mi syna chcecie wilkom na pożarcie, a bo to pierwsze we wsi bliźnięta?
-         Jakie one bliźnięta…
-         Moje ukochane! I nawet siłą ich nie rozdzielicie – matka zasłoniła swoim ciałem dzieci i zapłakała rzewnie. – Nie oddam moich słoneczek jedynych!

Mężczyzna zmarszczył groźnie czoło i stanął w obronie żony. Znachorka wzruszyła ramionami.
-         Jak sobie chcecie, jeszcze tego pożałujecie. Obyśmy my wszyscy tego nie pożałowali.

Chłopiec jakby słysząc jej słowa rozchylił lekko powieki i łypnął na nią złotymi ślepiami. Mądra Baba zrobiła znak krzyża i lękliwie wycofała się z chaty. Nim słońce osiągnęło południe spakowała swój skromny dobytek i, z kozą na sznurku, wyruszyła do swej górskiej chaty, by zostać tam na stałe.
Mężczyzna szybko zorientował się, jaki błąd popełnił, ale było już za późno, gdyż żona jego była gotowa umrzeć za oboje dzieci, nawet jeśli tylko jedno było ich prawdziwie. Nieznajoma znikła i nigdy więcej się już nie pojawiła w tej okolicy.

Tymczasem dni mijały, a z każdym dniem dzieci rosły. Wkrótce okazało się, że chłopiec ma ogromny apetyt. Kola wyrastał na potężnego, ponad wiek, mężczyznę, a jego siostra drobniutka, zadowalała się tym co zostawało na stole. Czym jednak był starszy, tym więcej zjadał. Cokolwiek by nie zjadł wciąż chodził i marudził, że mu kiszki marsza żałobnego grają. Trochę trwało nim mieszkańcy wioski zorientowali się, kto im wykrada owoce z sadów, kto czyni szkody w spiżarniach. Chłopiec zaczął więc ze złości na sąsiadów straszyć maluchy i wyrywać pióra kurom, aż w końcu przyszli się poskarżyć rodzicom, którzy zabronili mu chodzić do wsi. Włóczył się więc zły i wiecznie głodny po okolicznych lasach. W domu nie było z niego żadnego pożytku, bo zamiast pomagać w obejściu wciąż domagał się jedzenia. Przepadał więc w lesie zaraz po śniadaniu i pojawiał się tylko w porach obiadu oraz na kolacje. Urósł przy tym tak, że ledwo w drzwiach się mieścił. I wciąż przybierał na wadze.

Czym był starszy, tym trudniej było coś upolować w okolicy. Ptaki przestały śpiewać i zdawało się, że omijają wieś. Nawet ryb w potoku było jakby mniej. Przyszło do tego lato suche i gorące. Słońce wypaliło skromne pola i wizja głodu zaczęła zaglądać ludziom w oczy.

Nasza wyrosła na pracowitą i inteligentną dziewczynę, posłuszną rodzicom i gotową nieść pomoc każdemu pokrzywdzonemu, czy to był człowiek, czy zwierzę. Przysiadła pewnego dnia pod oknem, by chwilę odpocząć i zdrzemnęła się zmęczona letnim skwarem. Zbudziły ją podniesione głosy rodziców.
-         Matko, tak dalej być nie może, musi on iść precz, bo wszyscy z głodu pomrzemy.
-         Przecież to dziecko nasze, dokąd ma iść? Kto go przygarnie i wykarmi?
-         Niech sam sobie radzi. Niech najmie się na służbę do jakiego pana. Nie może z nami zostać, bo my już dłużej nie damy rady go wykarmić. Za dużo tych gąb do miski, a jedna wiecznie głodna chodzi… Widziałem wczoraj, jak łakomym okiem spoglądał na jałówkę. Czasem zdaje mi się, że i na dzieciarnię ze wsi spogląda, tak jakoś dziwnie, jakby się zastanawiał…
-         NIE! Nie możemy, go odegnać. Własną piersią, go wykarmiłam. Syn to mój ukochany. Musimy bardziej się starać by głodny nie chodził.

W chacie zapadła cisza, ojciec odrzekł coś, czego nie dosłyszała i wyszedł w pole drzwiami trzaskając. Zapamiętała Nasza, że gąb zbyt wiele do wykarmienia i postanowiła rodzicom ulżyć. Poszła do matki, upadła jej do kolan.
-         Matko, mam już prawie szesnaście wiosen. Pójdę, najmę się na służbę we dworze, będzie wam lżej, a i mnie będzie lepiej.
Nic na to matka nie rzekła, przytuliła tylko córkę i zrosiła jej głowę gęstymi łzami.
-         Idź dziecko, tak będzie lepiej.

Wyruszyła o świcie, zaraz po śniadaniu. Smutno jej było opuszczać dom rodzinny, ale wyjścia nie miała. Stanęła na rozstaju dróg, zamknęła oczy, zakręciła się trzy razy i rzuciła patykiem. Poleciał na północ. Nie była to dobra droga. Zarośnięta ścieżka zaledwie wiodąca skrajem lasu w stronę majaczących na horyzoncie szczytów.
-         Obym znalazła tam, to czego szukam i oby żadna zła przygoda mnie po drodze nie spotkała -  rzekła i z lękiem w sercu ruszyła przed siebie.

Droga pięła się wciąż w górę, czasami prowadziła lasem. Tuż obok, schowany w gęstych trawach szumiał wartki potoczek, czasami krzyżował się z drogą. Musiała wtedy przeskakiwać po kamieniach. Z każdym krokiem oddalała się od swych stron rodzinnych. Coraz więcej ptaków było słychać, czasem jakiś królik przebiegł ścieżkę, czasem łania stanęła zdziwiona widokiem samotnie wędrującej dziewczyny. Całe dotychczasowe życie jadała skromnie więc i zapasów, chociaż były niewielkie, wystarczyło jej na całe trzy dni marszu. Czwartego dnia odkryła leśną polanę pełną dzikich jeżyn, które na jakiś czas zaspokoiły jej głód. Raz po raz oglądała się za siebie nie mogąc wyjść z podziwu, jak już wysoko zawędrowała. Gdzieś za lasem, w dolinie widać było dachy jej wioski.
Smutno się dziewczynie zrobiło i tęskno za rodzinnymi stronami. Zeszła ze ścieżki i schowała się w leśnym cieniu. Zrobiła to w samą porę, ponieważ ledwo przysiadła przesłonięta przez paprocie, dało się słyszeć głosy. To równym krokiem zmierzali do swej siedziby z grabieży, zbóje leśni. Było ich pięciu braci i każdy rosły jak dąb. Między nimi ze spuszczoną głową i spętanymi rękoma szedł chłopiec. Nasza uchyliła ostrożnie liście i z drżącym sercem obserwowała drogę. Młodzieniec mógł być w jej wieku. Jeden ze zbójów chłostał go leszczynową witką po nogach i zaśmiewał się przy tym złośliwie. Pozostali trzej dźwigali na plecach wypchane wory. A czwarty maszerował z sarną przerzuconą przez ramiona.
-         A to nam się gratka trafiła – powiedział ten, który szedł z przodu. – Cały wór bochnów chleba. Cały wór pieczystego. A do tego jeszcze worek jabłek.
-         Szkoda tylko, że kucyk uciekł – mruknął ten, który szedł jako drugi.
-         I tak na Skałę wozu by nie uciągnął – odpowiedział mu trzeci.
-         Trzeba było tego tutaj zaprząźć do wozu – zarechotał ten, który wymachiwał witką.
-         Powiedz mi chłopcze, dokąd, to jechałeś z tymi wszystkim zapasami?

Chłopiec jednak milczał. Jeszcze bardziej pochylił głowę i zacisnął usta, a Naszej zdawało się, że po policzkach stoczyły mu się dwie grube łzy. Zamyśliła się dziewczyna, żal jej serce ścisnął. Skradając się cicho niczym kot ruszyła za pochodem zbójów. Szli tak cały dzień, aż w oddali na skale zamajaczył zamek warowny. Domyśliła się, że to tam zmierzają. Przeraziła się, że gdy tylko wejdą do zamku nic już nie będzie mogła uczynić. Zbóje jednak rozsiedli się na polanie, zrzucili z pleców ciężary. Chłopca przywiązali do drzewa i zaczęli rozbijać obóz. Wprawdzie zamek zdawał się być na wyciągnięcie ręki, ale podejście do niego było strome. Każdy nieuważny krok groził upadkiem w przepaść. Nawet tacy nieustraszeni nikczemnicy nie chcieli ryzykować w bezksiężycową noc. Rozpalili ognisko, uszczknęli co nieco z worków i pokładli się spać. Zła sława tego miejsca powodowała, że nikt się nie zapuszczał w pobliże Skały więc i warty nie musieli wystawiać. Chłopak siedział przy drzewie ze spuszczoną głową, poddany swojemu losowi.
Nasza zakradła się i zasłoniła mu usta dłonią.
-         Ćst, jestem przyjacielem. Pozwól, że cię uratuję – szepnęła mu wprost do ucha, a chłopiec potaknął nieznacznie głową dając jej do zrozumienia, że pojął jej intencje.

Dopiero, gdy zagłębili się w las na tyle, że zniknął poblask ogniska, odetchnęli z ulgą i puścili się biegiem leśną ścieżką, na której niespodziewanie się znaleźli. Chłopak co chwila przystawał i ociągając się oglądał za siebie w mrok. Ale Nasza nie puszczała jego ręki i ciągnęła go jak najdalej od braci zbójów. Ścieżka, jak to bywa w takich przypadkach, sama za nich wybrała kierunek i poprowadziła ich pod drzwi chaty, w samo serce lasu. Pierwsze ptaki radosnym trelem obwieściły wschód słońca. Rudy kot przeszedł obok nich, ocierając się przymilnie i zamiauczał przed wejściem. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich zasuszona staruszka.
-         O niech mnie! A co wy tu dzieci w lesie robicie? Drogę zgubiliście? Wejdźcie, mam wprawdzie tylko chleb z masłem i konfiturą, bez żadnych frykasów i pierników, a wyglądacie na głodnych i zmęczonych.
-         Bo tak jest babuleńko. Całą noc uciekaliśmy przed braćmi zbójami.
-         Jak chcecie to się posilajcie, ja tylko wody się napiję, uzupełnię bukłaki i wracam po to co mi zbóje zrabowali – powiedział buńczucznie chłopiec. Staruszka pokiwała głową.
-         Młodzieńcze, to co zabrali już przepadło. Zginiesz, a na Skałę się nie dostaniesz. Musiałbyś mieć latającą miotłę, albo inne dziwadło, żeby odzyskać swoje skarby.
-         To nie żadne skarby – zwiesił głowę. – Tylko worek chleba, worek jabłek i worek pieczystego. A wy, babciu, to przypadkiem nie macie takiej miotły?
-         A cóż to za pomysły! – obruszyła się kobieta. - Może i mieszkam sama w lesie z kotem, ale żeby się zaraz brać za czarowanie? Powiedz mi tylko, po co tobie tyle jedzenia?
-         To nie dla mnie, tylko dla Niego. Mojego brata przybranego, którego rodzice wzięli na wychowanie, jak był maleńki. Rósł i jadł, czym był większy tym więcej jadł, a teraz... Zjadł już naszą kozę i sąsiada krowę. I wciąż jest głodny. Cała wieś mu znosi jedzenie, a jemu wciąż mało. Kilka dni temu złapał młynarzową i chciał wrzucić ją do gara. Strach padł na naszą wioskę. Dzieciarnia po izbach się chowa, a on chodzi i jedzenia szuka i odgraża się, że pożre całą wieś, ze wszystkimi chałupami. A potem zje cały świat, a na koniec i słońce i księżyc pożre.
-         Och! – dziewczyna zakryła dłońmi usta – I ja mam takiego brata, co wiecznie głodny chodzi. Musiałam pójść z domu służby szukać, by mniej gąb do wykarmienia było.
-         A jak wy się drogie dzieci nazywacie?
-         Mi na imię dali matka Nasza.
-         A ja jestem Jedyny.

Staruszka pokiwała głową. 
-         Znam ja wasz kłopot. Wasi bracia, to mi się widzi bliźnięta Kukułki. Mają pewnie złote oczy i znamiona w kształcie ptaka na nodze.
-         Tak, tak właśnie jest! – zakrzyknęła Nasza, a Jedyny przytaknął tylko głową.
-         Bo widzicie – kontynuowała babcia. – Raz na jakiś czas, gdy księżyc na krwawo świeci zlatuje z wierzchołka Samotnej Góry wiedźma latawica zwana Kukułką. Zostawia swoje dzieci pod chatami biednych, ale uczciwych ludzi. Nigdy nie wiadomo co z nich wyrośnie. Czasami się zdarza, że niczym nie różnią się od zwykłych ludzi i dożywają wieku sędziwego nie znając swej prawdziwej matki ni ojca. Krzywdy nikomu nie czyniąc. Ale zwykle… gdy ojcem jest jakowyś utopiec, albo inny babok… Poznać ich można po znamionach ptasich. Wasi żarłoczni bracia spokrewnieni są jak nic z olbrzymami. Głód nienasycony cierpią i niczym go nie ugaszą, chyba, że zakosztują mięsa ludzkiego. Wtedy poczują się syci, ale nie na długo wkrótce znów głód poczują…

Blady chłopak zerwał się na równe nogi.
-         Muszę pobiec do wsi i ostrzec wszystkich!
-         Skoro mój brat nie jest moim bratem, to i moja rodzina jest w niebezpieczeństwie!
-         Czekajcie dzieci. Dajcie się chwilę zastanowić. Olbrzymy to twarde sztuki, niełatwo ich pokonać. Nawet jeśli są nimi tylko w połowie. Potrzeba nam dobrego fortelu.

Usiadła staruszka na progu i dumała do południa pykając w fajkę, z kotem na kolanach. Niecierpliwe ponaglanie Naszej i Jedynego odganiała ręką, jakby muchy natrętne goniła. Aż w końcu podniosła się i rzekła:
-         Nie ma wyjścia, musimy odzyskać, to co zbóje ukradli. A może nawet i co więcej się uda.
-         Ale Babciu, mówiliście, że na Skałę, bez czarów się nie dostaniemy.
-         Ano tak mówiłam – gwizdnęła przeciągle i zza węgła wyskoczyła miotła na długiej tyce. – Mówiłam, że ino na miotle można tam wlecieć? No tak się składa, że jedną takową posiadam. Posłuchajcie mnie teraz uważnie. Dosiądziecie miotły i jak tylko się ściemni polecicie na Skałę, do zamku zbójów. Jest tam wieża. Wejścia są dwa, od dołu i od góry. Na samej górze gromadzą w niej zrabowane skarby, same cenne, ze szlachetnych kruszców. Wy musicie jednak zejść na dół, tam gdzie spichlerz się znajduje i nabrać tyle jedzenia ile miotła z wami udźwignie. Jak będzie trzeba to i kilka razy obrócicie. Jest tu niedaleko polana w lesie. Tam znoście wszystko co uda wam się wynieść. Tylko nie bierzcie złota, bo złoto na nic nam się nie przyda. I nie zbudźcie zbójów, bo raz już ich oszukaliście i źli będą bardzo, jak się zmiarkną, że ich okradacie.
-         A co potem? – zapytała dziewczyna.
-         Ja tam już naszykuję wszystko co potrzeba. Jak przylecicie, to wam wyjawię mój plan. Obyśmy tylko przed świtem zdążyli!

Kola przebudził się wraz z pierwszym brzaskiem. Zwykle budziły go kiszki, co mu marsza z głodu grały i spać już o wschodzie słońca nie dawały. Teraz też czuł ogromne ssanie w żołądku, ale obudziło go coś innego. Zapach jakiś wypełniał izbę. Bardzo coś mu smacznie pachniało. Poczłapał do paleniska, ale wygaszone było. Stał na kuchni tylko pusty gar, z którego resztki przed snem wyskrobał, tak, że myć już nie trzeba było. Podrapał się po głowie i wyszedł przed chatę. Wioska jeszcze spała, z żadnego komina nie unosił się dym obiecujący jakowąś strawę. Wszak doszło ostatnio do tego, że już wszyscy go dokarmiali. Wprawdzie kilku chłopów się zbuntowało i chciało go precz pogonić, ale Kola chwycił za dąb, co to go stare ojce sadzili, wyrwał z korzeniami i zamachnął się nim niczym gałązką wierzbową aż się wszyscy w popłochu rozpierzchli. Poszedł potem do lasu, bo po wysiłku zgłodniał okrutnie. Wyrwał po drodze kilka jeszcze drzew wiekowych, żeby upewnić się co do swojej siły i zapolował na dziki gołymi rękami. Tak mu się ta zabawa spodobała, że przez jakiś czas był spokój, tylko z lasu dochodziły odgłosy powalanych drzew i płoszonej zwierzyny. Wkrótce jednak leśne stworzenia skryły się przed jego wzrokiem i znów musiał po domach łazić i jedzenia się domagać. Tylko, że nikt już nie miał odwagi się sprzeciwić siłaczowi.
Szedł chłopak za zapachem niczym za nitką do kłębka.
Dotarł do rozległej polany, na której ktoś przygotował iście królewską ucztę. Na środku stał ogromny stół pełen jedzenia. Wielkie bochny chleba, świnia pieczona w jabłkach, gęsi nadziewane, miody pitne, ogromny talerz jaj gotowanych i wiele innych smakołyków było na wyciągnięcie ręki. Wszystko pachniało, że ślinka ciekła.

Nasza siedziała na drzewie i czekała. Dostrzegła Kolę, gdy stanął na brzegu polany. Wahał się tylko chwilę nim ruszył w stronę stołu. Z drugiej strony wyszedł identyczny chłopak. Minę miał równie zaciętą i pewną siebie oraz ten sam głód w oczach. Przez chwilę pół olbrzymy patrzyły na siebie chmurnie. W kilku susach dopadli do stołu i rzucili się łapczywie na jedzenie, by temu drugiemu niewiele zostało. Świnię na pół rozerwali ciągnąc każdy w swoją stronę. Warczeli przy tym na siebie, niczym dwa głodne psy.
Po chwili nic nie zostało, co by się do jedzenia nadawało. A oni wciąż byli nienasyceni.
-         Zeżarłeś moje porcje!
-         Twoje? A kto cię tu zapraszał? To ty pożarłeś moje pieczyste!
-         O nie! Zaraz zobaczysz, co spotyka tych, którzy mi się sprzeciwiają!
-         Zobaczę? – zarechotał jeden z braci. – Zobaczę, jak się smażysz na kiju nad ogniem!
-         Mnie chcesz nad ogień?! – zakrzyknął drugi i zakotłowało się na polanie.

Staruszka, która siedziała w krzakach patrzyła na to zaniepokojona.
-         Czyżbym coś pomieszała z mikstutrą? Jak nic skleroza mnie dopada. Niech no pomyślę, co mogłam pominąć…

Nim jednak dokończyła wyliczać składniki tajemniczej mikstury, w lesie zapadła cisza. Obaj bracia polegli zmorzeni nagłym snem.
-         Żwawo, żwawo moi kochani. Trzeba ich teraz poturlać do rzeki.
-         Babciu, a nie obudzą się przy tym?
-         Nic się nie bój mój Jedyny. Zaprawiłam im świniaka takimi ziołami, że nic ich nie zbudzi przez trzy dni i trzy noce! Tak mi się przynajmniej wydaje – dodała jeszcze do siebie.
Najedzeni bracia byli okrągli niczym piłeczki. Turlali się więc lekko w dół do rzeki. Ledwo Nasza i jedyny nadążali za nimi. A sen mieli tak mocny, że nic nie mogło ich zbudzić, ani kamienie, ani wystające korzenie. Czasem tylko któryś zachrapał śniąc zapewne o kolejnej uczcie.
Chlupnęło raz i drugi, rzeka z koryta się wylała, a potem wróciła i wielką falą pognała w świat unosząc na niej dwóch śpiących żarłoków. Płynęli tak trzy dni i trzy noce. Ludzie to dziwo palcami pokazywali. Aż trzeciego dnia wpłynęli do jeziora. Obudził się jeden i obudził się drugi. Oboje spragnieni otworzyli paszcze i zaczęli chłeptać wodę, a wraz z nią połykali wszystko co żyło, ryby, raki, wodorosty. Aż wypili całe jezioro i osiedli, niczym dwa pękate balony na mule. Zatrzeszczały na nich ubrania, pękły gumki w spodniach, odskoczyły guziki. A oni wciąż pęcznieli i pęcznieli, aż całkiem się na drobne kawałki roztrysnęli. Pękli obaj bracia. Woda wylała się z ich pękatych brzuchów i wróciła na swoje miejsce, a wraz z nią wszelkie stworzenie. I ślad nie pozostał po dwóch olbrzymach, co chcieli pożreć cały świat, księżyc, gwiazdy i słońce.

Ukłoniła się Nasza, pokłonił się Jedyny.
-         Dziękujemy babciu za twoją pomoc.
-         Oj, tam, oj tam! To gdzie teraz drogie dzieci się udacie? Do ojców swych wracacie?
-         Jeszcze nie – uśmiechnęła się Nasza. – Najpierw poszukam szczęścia w świecie dalekim.
-         A ja pójdę razem z tobą. Któż wie, co tam na nas czeka!
-         A zatem, co by was nogi nie bolały weźcie moją miotłę. Wyraźnie się do was przywiązała.

I odlecieli szukać szczęścia w świecie dalekim. A czy je znaleźli? Może wcale nie musieli szukać, aż tak daleko.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.