niedziela, 28 sierpnia 2016

Sentytmentalna podróż w głąb pamięci

To moje pierwsze i jak dotąd jedyne spotkanie czytelnicze z panią Małgorzatą Gutowską Adamczyk. Przyznam się, że książkę kupiłam oczami. Tak, okładka Kalendarzy jest cudowna! Jeżeli czyta to ktokolwiek, kto decyduje o kolejnej "babie" na okładce, to niech zapamięta: baba z okładki, w portfelu lżej ;) Autor obrazu - Jacek Yerka.

Książka jest sentymentalną podróżą do krainy dzieciństwa. Katalizatorem dla wspomnień jest wyprowadzka z rodzinnego domu jednego z synów. Już od pierwszych stron możemy założyć, że to bardzo osobista opowieść, a my jesteśmy tylko obserwatorami, których łaskawie autorka zaprosiła do swojej przeszłości (?). Tak na prawdę przez całą opowieść czułam się, jak intruz, który podgląda życie dziewczynki, jej rodziców i babci. Nie wiem na ile było to zamierzone, ale z kolejnych kartek wiało emocjonalnym chłodem. Snująca się po pustym domu dorosła bohaterka była tak przepełniona melancholią jakby, to nie jeden syn się wyprowadził, ale zniknęli wszyscy ludzie na ziemi. Być może tak właśnie czują się matki, kiedy ich dorosłe dzieci opuszczają dom i stają się całkowicie niezależne. W fragmentach tych nie było akcji, nic się nie działo więc kartkowałam je szybko, gdyż strony o dziewczynce były o wiele bardziej zajmujące.

Opowieść z przeszłości rozpoczyna się od dnia w którym Ula przyszła na świat. Ula, to siostra głównej bohaterki, bo taką jest chyba Dziewczynka. Wraz z nią przyglądamy się życiu na wsi i w małym miasteczku. życiu podporządkowanemu porom roku, dnia, trudom codzienności. Książka z kronikarską sumiennością oprowadza nas po okolicy. Zanurzamy się w świat , który pozostał jedynie echem we wspomnieniach. Świat, który w jakimś stopniu jest ułudą ponieważ został przefiltrowany przez pamięć i emocje Dziewczynki, co wcale nie oznacza, że pozostali bohaterowie zapamiętali to samo. Niejednokrotnie zastanawiam się, co w moich wspomnieniach jest wtłoczone przez zasłyszane opowieści, a co rzeczywiście mogłam zapamiętać z okresu dzieciństwa. Na przykład pamiętam jedno spotkanie na drodze, którego nie mam prawa pamiętać, gdyż miałam wtedy...e kilka miesięcy i leżałam podczas niego w wózku, a w moim mózgu jest ono utrwalone, jakbym była obserwatorem stojącym z boku.

Wracając do książki. Odnajduję w niej echa moich własnych wspomnień. Wieś, którą przedstawia autorka jest mi bliska. Nie są to takie same przeżycia, ale podobne, bo polska wieś chyba długo nie poddawała się zmianom. A i dziś są miejsca w naszym pięknym kraju, gdzie wciąż znaleźlibyśmy tamten klimat.
Jest to też hołd oddany ludziom którzy odeszli - dziadkom, ich ciężkiej pracy, poświęceniu.

Książkę czyta się nieśpiesznie. Czasem odkładałam ją, by zastanowić się nad tym co przeczytałam. Nie wiem na ile są to wspomnienia autorki, ale wydaje mi się, że to dość osobista opowieść i przez swoje wolne tempo narracji, dokładne opisy życia na prowincji nie każdemu może przypaść do gustu. Mi się podobała. Żałuję, że nie byłam na spotkaniu autorskim z panią Małgorzatą, ale nie chciałam iść bez przeczytania chociaż jednej jej książki, a nie zdążyłam tej skończyć. Może nadarzy się jeszcze kiedyś okazja.


Poniżej, w całości obraz wykorzystany na okładce.
http://www.yerkaland.com/

sobota, 25 czerwca 2016

Wyzwanie na pisanie - nawijanie rzeczywistości (09)

Każdy może pisać. Fakt, że nie każdy powinien, ale ocenę pozostawmy potencjalnym czytelnikom.
Na blogu Magdy Kordel, właścicielki Malowniczego z przyległościami ;P, od czasu do czasu organizowana jest akcja pod tytułem: Kto napisze ze mną książkę? Zasady są proste - piszemy opowiadanie na dany temat/tytuł i po jakimś czasie otwieramy przesyłkę z książką, w której zebrane są wszystkie powstałe historie, w tym nasza. Konwencja dowolna, satysfakcja gwarantowana. Nie jest to typowy konkurs z nagrodami. To raczej zabawa dzięki której możemy sprawdzić, czy podołamy napisać chociaż jedno opowiadanie :) Zresztą, co ja się będę rozpisywać! Proszę, TUTAJ wszystkie zasady oraz temat - nietypowy, bo inspiracją są zdjęcia. Fajny pomysł :) Czasu bardzo dużo na decyzję, napisanie i wyszlifowanie.

Ktoś chce się pobawić? Wygrywa każdy, kto ukończy swoje dzieło :) Zdjęcia są szalenie inspirujące.

niedziela, 5 czerwca 2016

Czas na książki - festiwal w Ząbkowicach

W sobotę, 4 czerwca, w Ząbkowicach Śląskich odbył się II  Festiwal „Czas na Książki”. Około 30 polskich pisarek gościła Biblioteka Miasta i Gminy im. Księgi Henrykowskiej.
Organizatorami wydarzenia byli: Sylwia Winnik – portal Czas na książki , Gmina Ząbkowice Śląskie oraz Biblioteka Miasta i Gminy im. Księgi Henrykowskiej w Ząbkowicach Śląskich.

Tyle tytułem wprowadzenia. 
Skuszona możliwością spotkania z ulubionymi autorkami oraz przekonania się naocznie, jak może wyglądać taki festiwal w małym, dolnośląskim miasteczku, wsiadłam w auto i skierowałam się na południe.
Pogoda była piękna, Wzgórza Strzelińskie zapierały dech w piersiach widokami, a poukrywane w dolinach wioseczki rozpościerały swój niezaprzeczalny urok. Już sama podróż była przyjemnością :-)

Na miejscu okazało się, że organizatorzy również docenili słońce i przenieśli imprezę przed budynek biblioteki pod klona. Nie wzięli jednak pod uwagę, że ruch, jaki trwa wokół, może trochę utrudniać słyszalność dyskusji. Zaczęło się więc poszukiwanie nagłośnienia. Na szczęście udało się załatwić mikrofon z głośnikiem i można było kontynuować panel dyskusyjny.
Tak na marginesie, chyba Wrocław przyzwyczaił mnie do przestrzeni deptakowych, bo zawsze w mniejszych miasteczkach jestem lekko zdziwiona, że zabytkowe rynki służą głównie za parkingi i drogi przejazdowe.

No dobrze, ale jakie wrażenia? - zapytacie. Otóż... generalnie pozytywne. Dość to niezwykłe, że tylu świetnym autorkom chce się jechać prawie na kraniec Polski na festiwal literatury, gdzie więcej jest piszących niż fanów. Chociaż przypuszczam, że wymiana doświadczeń i rozmowy między paniami muszą mieć równie duże znaczenie, jak spotkanie z czytelnikami. Piszę panie, ale to nie jest tak, że panowie mają wstęp wzbroniony na festiwal. Wręcz przeciwnie, jak zapewniają organizatorzy.

Miło było posłuchać skąd autorki czerpią inspiracje do książek, jak wygląda proces wydawniczy i, czy trudno jest debiutować. Podsumowując można by stwierdzić, że ile autorek, tyle stylów tworzenia książek. Daleko nam do USA, gdzie profesjonalne szkoły pisania tworzą kolejnych pisarzy.

Dla mnie najbardziej interesująca była dyskusja o okładkach. Jako grafik doskonale wiem, że w każdej firmie wszechmogący jest dział marketingu i nawet świetny, wypracowany wieloma godzinami projekt może pójść do kosza, gdy marketing stwierdzi, że jest nie sprzedażowy (ich zdaniem oczywiście, bo zachowawczość i powtarzanie utartych schematów czasami szkodzi, gdyż prędzej, czy później ktoś się wyłamie i wtedy następuje zwrot i wszyscy podążają za nowym trendem - to tak na marginesie, bo to długi temat). W przypadku okładek, obecnie w literaturze obyczajowej (ale chyba nie tylko), mamy wysyp postaci kobiecych. Jak to powiedziała Magda Kordel przywołując słowa, jakie zasłyszała - baba na okładce musi być. No właśnie, musi? Nie jestem do końca przekonana, być może też nie jestem targetem docelowym, mimo, że sięgam po literaturę polską obyczajową. Ale drażni mnie niemiłosiernie, że bardzo często okładka ma się nijak do treści zawartej w książce. Jeżeli czytam cykl poświęcony jednej bohaterce, to nie podoba mi się również, że na każdym kolejnym tomie ilustruje ją inne zdjęcie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że łatwiej i szybciej znaleźć zdjęcie w banku, niż zrobić sesję fotograficzną przemyślaną pod konkretny tytuł. Tym bardziej, że duże wydawnictwa raczej nie będą dopieszczać każdego tytułu. Dla nas czytelników, książka którą kupujemy jest niezwykła, ale dla marketingu, to towar, który trzeba sprzedać.
Ale czy to na pewno oznacza, że okładki muszą być tak przewidywalne?
Jako ciekawostkę natomiast napiszę, że stojąc przed stoiskiem z książkami i musząc wybrać coś na już i teraz, kierując się okładką, zaintrygowała mnie książka, która nie ma baby, ma za to na froncie reprodukcje Jacka Yerki.

Dużym, nie tylko dla mnie, bo słyszałam komentarze innych fanek, błędem były identyfikatory z napisem AUTOR, jakie dostały wszystkie pisarki. Kilka pań kojarzyłam, natomiast pozostałe były dla mnie incognito, co było niesprawiedliwe ponieważ przypuszczalnie znając ich imiona i nazwiska mogłabym dopasować do nich ich twórczość, co ułatwiłoby na przykład nawiązanie rozmowy.
Na przyszłość organizatorzy powinni rozważyć, czy jednak identyfikatory z imieniem i nazwiskiem nie byłyby lepszym rozwiązaniem. Dobrze by też było, by przemiła prowadząca dyskusje po prostu przedstawiła po kolei wszystkich autorów wraz z krótkim biogramem twórczym i tytułami książek. Ba, nawet bym sugerowała, by te książki miała na podorędziu by łatwiej można było skojarzyć twarz z literaturą. Pisarki były mniej lub bardziej znane, z większą i mniejszą ilością książek na koncie i na prawdę nie sposób kojarzyć wszystkich twarzy, tym bardziej, że ja jako czytelnik bardziej przykładam wagę do tego co czytam, niż jak wygląda osoba pisząca.
O tablicach z wydrukami, gdzie byłyby zdjęcia plus okładki i krótka notka już nie śmiem marzyć :) Co oczywiście nasuwa mi też myśl, że przy okazji przydałaby się jakaś mała chociaż wystawa nawiązująca do tematu festiwalu. Tutaj dochodzimy do punktu kolejnego - zbyt ubogi program. Decydując się na wycieczkę do Ząbkowic jechałam w ciemno ponieważ nigdzie nie mogłam znaleźć informacji, jakie są punkty programu - szczegółowo, bo ogólnie mniej więcej było tyle co na plakacie.
Wolna sobota, stosunkowo niewielka odległość - 80 km, to nie jest aż tak dużo, jak dla mnie, własny transport - to zdecydowało, że zaryzykowałam.

I zdecydowanie podzieliłabym spotkanie. Panel dyskusyjny + spotkanie z czytelnikami, czas na zdjęcia i podpisywanie książek (jakiś stolik, żeby nie było robienia wpisów na szybko na kolanie?). Oczywiście łatwo jest się mądrzyć z perspektywy widza :) A przecież była jeszcze gala - na którą nie zostałam.

Jedno mogę napisać panie autorki były fantastyczne - wszystkie bez wyjątku :) Mamy mocną ekipę kobiet piszących (a to przecież zaledwie część) i każdy może znaleźć coś dla siebie. Oprócz moich ulubionych pisarek zwróciłam uwagę na kilka nazwisk, z którymi zamierzam się bliżej zapoznać. I czekam na trzecią edycję festiwalu :) chętnie wybiorę się ponownie.

No i mam jeszcze jedno małe marzenie, ale o tym cicho sza... :)

Dziękuję organizatorom za chciejstwo i życzliwość, autorką za przybycie i wzruszenia, których nam dostarczają, a na koniec kilka zdjęć :)
Tak miło na widok obiektywu potrafi się uśmiechać tylko Krystyna Mirek :)
Poniżej Krystyna Mirek, Renata Kosin oraz Agnieszka Walczak-Chojecka
Gorąca dyskusja trwa

GPS, który prowadzi mnie do celu, w moim wydaniu wygląda tak :)
  Franki :) W końcu Ząbkowice to niegdyś Frankenstein
 
Krystyna Mirek i Magda Kordel, pozytywnie nakręcone autorki :)
Pani Magdo, bardzo czekam na retro powieść, uważam, że będzie rewelacyjna :)
Słynna krzywa wieża. Wciąż jej nie zwiedziłam, co jest o tyle dziwne, że przez Ząbkowice przejeżdżaliśmy mnóstwo razy i okolice mamy dość dobrze zwiedzoną, a samo miasto zawsze nam umykało bokiem. Okazuje się, że to był błąd, bo to jedno z ładniejszych miasteczek Dolnego Śląska i na pewno wrócę do niego z mężem jeszcze w tym roku :) Mąż jeszcze o tym nie wie, ale się dowie, jak przeczyta ten wpis :P


Siedziba biblioteki :) Stylowo, czyż nie?


strona facebook wydarzenia
biblioteka Ząbkowice
czas na książki

piątek, 3 czerwca 2016

Iga w poszukiwaniu swojego kawałka błękitu




Nowa książka Krystyny Mirek, to świetny pretekst, żeby w końcu napisać kilka słów o twórczości tej pisarki. Po pierwsze sama autorka jest świetną reklamą swoich książek i dowodem, że wie o czym pisze - jak się bardzo chce to można. A pisze o zwyczajnym życiu, o zwykłych ludziach i uczuciach, które mogą dopaść każdego. Ludziach, których historie może nie kończą się spektakularnym happy endem, ale zostawiają w sercu ciepło i nadzieję, że dopóki sił starcza, dopóki się żyje można wszystko odmienić, pomóc losowi i zmienić bieg swego życia. Czasami ta zmiana, to po prostu spojrzenie na problem z innej strony i znalezienie w trudnej sytuacji pozytywów, które sprawią, że może niewiele się zmieni poza naszym nastawieniem, ale czasami to wystarcza.

Większy kawałek nieba, to właśnie taka opowieść - ciepła, życiowa, wzruszająca. Wprawdzie główną osią historii jest Wiktor i Iga, ale wszyscy pozostali są pełnoprawnymi uczestnikami książki. Autorka nie moralizuje, nikogo nie stawia ponad przeciętność. Wszyscy jej bohaterowie popełniają błędy i dążą do szczęścia, czasami tylko robią to okrężną drogą chociaż wydaje im się, że idą na skróty. Skąd my to znamy, prawda?
Bardzo polubiłam Marysię. Ta starsza kobieta, mająca na utrzymaniu niepełnosprawnego męża, wspomagająca synową z trójką dzieci, mimo wszystkich przeciwności, bez względu na konsekwencje pozostaje wierna swoim wartościom i zasadom. Po drugiej stronie znajduje się Natalia, dziewczyna Wiktora, która żyje udając kogoś kim nie jest. Wprowadzona w błąd tzw. dobrymi intencjami zabrnęła za daleko by się wycofać. Zainwestowała bardzo dużo w związek z Wiktorem woląc nie widzieć prawdy, że to co zbudowali wspólnie ma wątłe fundamenty.
Trudno również nie lubić Olka. Autorka poprowadziła jego postać tak, że bez trudu dostrzeżemy w tym zbuntowanym i opryskliwym nastolatku dzieciaka, który jest po prostu samotny.
No i Iga. Kibicowałam jej całą książkę, czekałam na jakiś cudowny zbieg okoliczności kiedy wystawała pod oknem kamienicy i razem z nią płakałam po wizycie ojca w restauracji. Dlaczego tak się do niej przywiązałam? Może dlatego, że Iga jest po prostu po trochę każdą z nas - dziewczyną szukającą własnego kawałka nieba. Mimo kolejnych kopniaków od życia wstaje, otrzepuje się i jest gotowa walczyć dalej. Ryzykuje mimo, że kolejny upadek może zaboleć jeszcze mocniej.

Wprawdzie Igę i Wiktora bardzo wiele różni, pochodzą z rożnych światów, to w tej powieści liczą się przede wszystkim emocje, uczucia i ludzie, a cała reszta - bieda i bogactwo, to wartość dodana. Mam nadzieję, że uda się im połączyć swoje światy, o czym będzie można się przekonać w kolejnym tomie Wszystkie kolory nieba. Trochę szkoda, że autorka nie zdecydowała się zamknąć fabuły w jednym tomie, ale znając lekkie pióro pani Mirek na pewno dostaniemy książkę pełną niespodzianek. Kilka osób z otoczenia naszych bohaterów musi jeszcze przerobić swoje życie od nowa, by wszystko ładnie się domknęło.

Nie znam wszystkich książek autorki. Przeczytałam któreś z pierwszych oraz coś z ostatnich. Widać, że pisarka doskonali swój warsztat, ale jedno pozostaje niezmienne od początku - pozytywny wydźwięk powieści :)


Na koniec, wyjątkowo cytaty (postaram się nie przepisać pół książki :):
"Przecież odwaga nie jest zarezerwowana tylko dla bogatych. Marzenia i prawdziwe uczucia również."

"Wiele osób zaczytuje się w książkach i ogląda filmy, podziwiając losy innych, i nie wie o tym, że w ich żyłach płynie krew o wiele bardziej niezwykłych ludzi. Warto wiedzieć takie rzeczy, choćby po to, żeby lepiej zrozumieć własne życie."

"Jak często rozwiązania są na prawdę na wyciągnięcie ręki, a człowiek ich nie widzi? Upiera się przy własnej wizji, zamyka w kręgu logicznych, a jednak nieprawdziwych argumentów, wyrabia sobie zdanie wyłącznie na podstawie opinii innych?"

Okładka mnie zauroczyła. Piękny kolor i miła odmiana po tych wszystkich babskich postaciach. Aczkolwiek sądząc po okładce spodziewałabym się trochę innej fabuły. No ale przecież po okładkach się nie sądzi... podobno. Ta bardziej przywodzi mi na myśl jesienną nostalgię, a w książce ewidentnie mamy budzącą się do życia wiosnę, a wraz z nią nadzieję na zmiany na lepsze. Z drugiej strony zasuszone róże są, jak serce Igi, wygląda na martwe, ale w środku wciąż telepie się motyl, wystarczy go wypuścić, by rozwinął skrzydła i wzniósł się do nieba.
W mojej osobistej punktacji: 5/5.
 

środa, 1 czerwca 2016

Nadzieje i marzenia - z cyklu Malownicze

Oto leży przede mną najnowsza powieść Magdaleny Kordel. Jeszcze cieplutka, przedpremierowa i niestety już przeczytana. Niestety, ponieważ lekkie pióro autorki, jej poczucie humoru oraz umiejętne budowanie wątków i splatanie ze sobą przeszłości z teraźniejszością sprawiają, że chciałoby się na dłużej zatrzymać w Malowniczym.  Czterysta dwadzieścia stron, to tak akurat na leniwe czytanie weekendowe :)

W swojej najświeższej powieści autorka znów sięga po wydarzenia z przeszłości. Nie są one jednak tak dosłownie powiązane z bohaterką, jak to było w Tajemnicy Bzów. Cofamy się aż do roku 1843, by poznać historię pewnej rodziny oraz przekonać się, jak tak odległe wydarzenia mogą mieć wpływ na współczesność. Przyznaję, że rozwiązanie całej intrygi, splecenie ze sobą wątków i postaci było dla mnie sporym zaskoczeniem (przynajmniej w wątku głównym). Swoja drogą, to niesamowite, jak się nad tym zastanowić, jak bardzo nasi przodkowie ukształtowali nasze obecne życie. Szczególnie w kraju takim, jak Polska ich decyzje i wybory nie pozostają bez echa do dziś :)

Sięgając bądź, co bądź po powieść obyczajową, trochę się obawiałam tego przeskoku czasowego, ale zupełnie niepotrzebnie. Część historyczna była równie, jak nie bardziej, wciągająca jak obecna. Zapewne przyczyniły się do tego postacie - główne i poboczne. Wykorzystanie w powieści dziada wędrownego było genialnym posunięciem :) Maciej i Sabina tworzą wokół siebie mistyczną otoczkę sięgającą czasów pogaństwa. XIX wiek został odmalowany w innym tonie niż wiek XXI. Bardziej poważnie, bardziej na serio. Widać tu fascynacje autorki do retro klimatów ziemiańsko - patriotycznych (co absolutnie nie jest zarzutem, a wręcz przeciwnie). Chętnie przeczytałabym książkę pani Magdy osadzoną tylko i wyłącznie w przeszłości. Na przykład takie Malownicze z XIX czy początku XX wieku :)

Ale żeby nie było tak całkiem różowo i idealnie, to pozwolę sobie jednak na małą krytykę. Otóż mamy w miasteczku, a tym samym w książkach z tego cyklu, kilka bardzo wyrazistych bohaterów. Na przykład taki pan Miecio - miejscowy pijaczek, postać bardziej komiczna niż tragiczna (jego żona mogłaby mieć inne zdanie na ten temat). W tym tomie do głosu doszedł mąż Kraśniakowej. I tutaj mi zgrzytnęło. Jego... chm... marzenia... naiwne marzenia i takie niezbyt mądre, jakoś mi się nie wpasowały. W moim osobistym odczuciu postać ta została przerysowana, nakreślona grubą krechą. Zbyt blisko mu do Miecia, któremu można wybaczyć wiele, gdyż ma mózg wyżarty wódką. Tym samym obaj panowie stali się dla siebie konkurencją walczącą o uwagę Madeleine oraz czytelnika.

Doczepię się również do połączenia obu historii - współczesnej i przeszłej ponieważ tego połączenia właśnie mi zabrakło. Dostaliśmy jakby dwie różne opowieści w jednym opakowaniu. Pytanie moje jest, czy główna bohaterka poznała tą część, która została przedstawiona czytelnikom? Jeśli tak, to skąd i dlaczego snuła przypuszczenia, że Sabina może być z nią spokrewniona? Jeśli nie znała przeszłości, a poznaliśmy ją tylko my, to równie dobrze można by było podzielić Nadzieje i marzenia na dwie osobne książki. Granica między opowieściami jest bardzo wyraźna. Obie części czyta się przy tym doskonale.

Trzecim wątkiem, który mi zgrzytnął, to Danka. Niestety bardzo przewidywalna postać, łatwa do wyeliminowania w razie kłopotów z nią i czy na pewno niezbędna do stworzenia komplikacji?

Zastanawia mnie jeszcze jedno: czy autorka nie przesadziła z tym paryskim spadkiem? Nie, no absolutnie nie zazdroszczę Madeleine (gdyby była tam jakaś pokojówka w spadku, albo jeszcze lepiej nie stary kamerdyner, to może, może...), ale jak ona teraz to wszystko ogarnie? Będzie się musiała niechybnie rozdwoić, żeby doglądać wszystkiego. A może opuści Malownicze? Tym samym z niecierpliwością oczekuję na kolejny tom z cyklu.

Na koniec pragnę zauważyć, że zanim się przenieśliśmy do XIX wieku we współczesnym Malowniczym wydarzyło się sporo i niektóre rzucone zdania, bez dalszego rozwiązania, budzą mój niepokój. Mimo to, główny środek ciężkości opowieści wzięli na siebie przodkowie i to oni moim zdaniem zdominowali Nadzieje i marzenia.

I znowu się rozpisałam, a miałam tylko krótko napisać, ze mi się podobało.

piątek, 26 lutego 2016

Opowiastki o urwisie, które zrujnowały moje dzieciństwo*


W Lonneberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. Był dziki i uparty, nie tak grzeczny jak ty. Chociaż, należy przyznać, robił miłe wrażenie, kiedy się nie awanturował. Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą, rumianą twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek. Ale pozory mylą.

Ogłaszam wszem i wobec, że na stare lata zakochałam się w Emilu. Śmiem przy tym twierdzić, że lepiej późno niż wcale, a w ogóle, nie są to opowieści dla dzieci. No może są, ale ta celna ironia i kropla absurdu ukryta w opowiadaniach obnażająca słabości dorosłych raczej nie zostanie wychwycona przez dzieci.
Może Emil nie zrobił takiej kariery jak Mikołajek, ale w niczym mu nie ustępuje pola. Widzę tu wiele podobnych analogii - obaj to rezolutni chłopcy, obie postacie stworzone przez genialnych twórców i obie książeczki mają swoich ilustratorów. Charakterystyczna, nonszalancka kreska Sempe jest rozpoznawalna z daleka. Postać Emila stworzył Björn Berg, chociaż nie wiedział, że to Emil. Wypatrzyła go w gazecie Astrid, poszła do ilustratora i oznajmiła mu, że to nikt inny tylko psotnik, którego wymyśliła, a on narysował niczego nieświadomy. Tak zaczęła się ich współpraca. Berg jest ilustratorem wszystkich przygód chłopca. Czytając Emila miałam radochę nie tylko z tekstu, ale i z ilustracji.


Opowiadania są krótkie, pełne wartkiej akcji i zakończone zabawną puentą. Nic dziwnego, że na ich podstawie powstał serial, współautorką scenariusza była sama autorka Astrid Lindgren. To właśnie serial był moim utrapieniem. Moja siostra uwielbiała, ba wprost czerpała masochistyczną przyjemność, ze słynnego "Emil do drewutni!" Ileż ja się tego nasłuchałam! Sam serial uwielbiałam, ale towarzyszące mi, po każdym odcinku, zawołanie już niekoniecznie! Bo dostawałam nim, gdy chciałam iść tam, gdzie starsza siostra. Gdy się uprzykrzałam na różne sposoby. No po prostu, gdy siostra chciała mnie spławić lub mi dokuczyć. Ach, to starsze rodzeństwo. I tak się kochamy :)

Serial serialem, ale o dziwo nigdy nie wpadła mi w ręce książka. Albo faktycznie nie było jej w moim zasięgu, w okresie dziecięcy, gdy zaczytywałam się po kilka razy Dziećmi z Bullerbyn, albo gdzieś indziej leży pies pogrzebany. Bo muszę się niestety przyznać, że z książek Astrid Lindgren jedynie te Dzieci czytałam. Widzicie, chodzi o to, że jak dobrze pamiętam chciałam przeczytać coś tej autorki. Udałam się nawet do biblioteki i znalazłam na półce Fizię Pończoszankę. Wzięłam ją do ręki i przez kilka chwil patrzyłam w tytuł. I nabrałam niewyjaśnionej odrazy do niego, tak głębokiej, że jej nie pożyczyłam. Wymówcie teraz na głos ten tytuł, a potem złapcie pierwszego z brzegu obcokrajowca i mu go powtórzcie. Jak można było z Pipi zrobić Fizię? Wyszedł z tego tak koszmarny zlepek słów, że nie dałam rady go przełknąć jako dziecko. Od tamtego momentu trzymałam się z dala od książek Astrid. Aż do przypadkowego spotkania z Emilem w Starej Kopalni w Wałbrzychu**.

Jeżeli jeszcze nie znacie przygód Emila, to postarajcie się nadrobić to przeoczenie. Ubawicie się historyjkami i zachwycicie ilustracjami. No chyba. że jesteście z rodu Paszczaków, wtedy nic was nie rozbawi. Nawet wtorek kiedy to Emil wsadził głowę do wazy z rosołem. Ani niedziela kiedy Emil hulał na równinie Hultsfred.
Ani żaden inny dzień, w którym chłopiec psocił. Ale wiecie, kiedyś i tak Emil zostanie przewodniczącym rady gminnej więc można mu wybaczyć to i owo ;) poza tym, to w sumie dobre, wrażliwe dziecko, w dodatku utalentowany rzeźbiarz :) A większość jego psot nie wynika ze złej woli, tylko nieporozumień, czy braku wiedzy. Właściwie, jak mówi Emil - psoty robią się same. Z tego co się orientuję,jego pomysł nigdy się nie powtarzały.

Jeśli już staniecie się fanami psotnika z Lonnerbergi, to możecie wybrać się do Katthult i obejrzeć sobie zagrodę, pójść do słynnej drewutni, czy zobaczyć inscenizację z bohaterami z książek.
Właśnie sobie pomyślałam, że cudownie byłoby zrobić sobie taką literacką wycieczkę po Skandynawii - Dom Muminków, Zagroda Emila, kryminały, Ludzie Lodu. Byłoby co zwiedzać.
Możecie też wysłać sobie list z jego podobizną, albo zakupić kilka zabawek z nim w roli głównej.

Na Emila nigdy nie jest za późno. Zawsze możecie udawać, że kupujecie książkę dziecku, jeżeli należycie do tych nieśmiałych lub do tych z pokaźnym wąsem lub tych co podpierają się laską albo tamtych i owych. Hm, nawet możecie jakiemuś ją sprezentować, jak już wszystko przeczytacie.
Nasza Księgarnia wydała zbiorczo wszystkie opowiadania w jednym tomie. Można nawet znaleźć je w przyzwoitej cenie w sieci.

Astrid Lindgren
Ilon Wikland ilustratorka innych książek Astrid, min. Dzieci z Bullerbyn.
Katthult
zdjęcia z inscenizacji zaczerpnęłam z tego bloga
TUTAJ natomiast możecie zerknąć na innych ilustratorów Astrid

*To taki żart, ofkors, gdyby ktoś miał wątpliwości.
**Czekając na przewodnika przeglądałam książki i wpadł mi w ręce Emil. Zdążyłam przeczytać jedną historię, a potem odkryłam ze zdumieniem, że mam tą książeczkę na swojej półce w domu. Mężowskie wiano.

środa, 24 lutego 2016

Agnieszka Krawczyk - pierwsze spotkanie, magiczna seria

Mgły podniosły się z wolna, a stojącym na tarasie ukazał się nieziemski widok. Przed nimi, aż po las ciągnęła się plantacja róż. Ich upojny zapach wisiał w nieruchomym, letnim powietrzu. Dzień już teraz zapowiadał się upalnie.
- Czyż tu nie jest idyllicznie? - zapytał mężczyzna i przyciągnął do siebie kobietę, w której oczach odbijały się róże i niebo. Cały świat w nich tonął, a on wraz z nim. Czym bardziej się w nie wpatrywał, tym bardziej się gubił po tamtej stronie.
- A jak ma być? Przecież to Ida - odpowiedziała ze śmiechem i klasnęła w dłonie niczym mała dziewczynka. To właśnie, te drobne, spontaniczne gesty niczym u małej dziewczynki, sprawiły, że się zakochał, a potem oddał jej swoje serce na wieki. A teraz oto stali na tarasie tego dziwacznego, chodź pięknie odnowionego, pałacu i podziwiali swój pierwszy świt jako małżeństwo.
- Wybrałaś cudowne miejsce na nasz ślub. A myślałem, że będzie przereklamowane.
Uśmiechnęła się zamyślona.
- Może moglibyśmy tu zostać na stałe? Spójrz ile ludzi odnalazło tu swoje miejsce. Mossakowscy, Sabina, Marek... nawet ta warszawianka... Katia.
- Muszę cię rozczarować, ale nasza historia pisze się zupełnie gdzie indziej. Daj się porwać Idzie, ale pamiętaj, że ta bajka się kiedyś skończy i trzeba będzie wrócić do rzeczywistości.
- Och, to nie będzie łatwe. Jestem tu zaledwie cztery dni, a czuję się jak w domu. Jakby to miejsce należało do mnie, a ja do niego.
- Bo tak jest. Ono należy do każdego kto zechce je odwiedzić. Drugiego tak przyjaznego, pełnego aromatów, magi i spełnionych pragnień nie ma nigdzie.
- Zdążyłam się nawet zaprzyjaźnić ze wszystkimi, a przecież ledwo co się poznaliśmy.
- Odnalazłaś w nich swoje bratnie dusze. Jak to mówiła Ania z Zielonego Wzgórza?
- Znają Józefa.
- Właśnie.
- To jak gotowa? - objął ją śmiejąc się i zanurzył twarz w jej gęstwinie rudych loków.
- Na co? - zapytała przekrzywiając przekornie głowę niczym ciekawski ptak siedzący na gałęzi.
- Na życie! Zabawę! Na nową przygodę!
- Oczywiście. Ale ... wrócimy tu kiedyś?
- Wrócimy, w końcu obiecałaś Loli. Zapomniałaś już?
- Lola... dziwna dziewczyna, ale to dobre dziecko, które się tylko trochę pogubiło.
- Chodź najdroższa do środka. Niedługo obudzą się goście, a my tu stoimy w piżamach. Lepiej, żeby nas tak nie przyłapali.
- Masz rację - zaśmiała się. - Szczególnie dla panny Rojas to może być szokiem. Ona jest taka dystyngowana.
- W przeciwieństwie do swojej siostry Carmen - popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem przypominając sobie Carmen, która niczym kolorowy ptak sfrunęła wprost w środek przyjęcia z wielką wazą ponczu i jakoś od tego momentu goście zaczęli być bardziej wylewni.
Gdy tylko zniknęli objęci w drzwiach pałacu, na tarasie pojawiły się mgliste postacie - dobre duchy tego miejsca. Przycupnęły na chwilę, a potem dały się ponieść zefirkowi, który się obudził. Poleciały nad Dolinę Mgieł i Róż, musnęły Jezioro Szczęścia i zakręciły się po Ogrodzie księżycowym - odwiedziły wszystkie magiczne miejsca. A wszędzie, gdzie były pozostawał po nich delikatny zapach kwiatów i ziół. Jedyna w swoim rodzaju mieszanka z manufaktury hrabiny Tyczyńskiej.

-------------------------------------------------------------------------------------------
Właściwie w powyższej scence opisałam wszystko, co chciałabym powiedzieć o cyklu Agnieszki Krawczyk poświęconego Idzie i jej mieszkańcom.
Ja swoją przygodę z tą serią rozpoczęłam od tomu II - Doliny, ba, nawet nie wiedziałam, że to część większej całości. O dziwo nie czułam się niedoinformowana, ani skołowana. Autorka nakreśliła zgrabnie historię Sabiny przesuwając trochę na dalszy plan postacie z pierwszego tomu, ale nie na tyle, żeby i ich nie polubić. W zasadzie każdy tom ma swoich głównych bohaterów. Postać, na której skupia się uwaga. Co nie znaczy, że pozostałe nie mają nic do powiedzenia.
Potem przeczytałam tom pierwszy - zupełnym przypadkiem znajoma w pracy o nim opowiadała i miałam wrażenie, że mówimy o tej samej książce, ale się okazało, że nie, bo o dwóch różnych :) no i wtedy zorientowałam się, że jest więcej Idy.

Bohaterowie - jeden z mocniejszych punktów książek. Każda postać niepowtarzalna i konsekwentnie wykreowana. Dzięki temu łatwiej ich polubić, nawet jeśli mają wady. Jedyne czego się czepiłam, to ta ich pierdziołowatość. Większość, to ludzie po trzydziestce, a  z zachowania, sposobie prowadzenia rozmów można by im spokojnie dać o dekadę więcej. Nawet jeśli są spontaniczni, to trzymają się swoich ram. Ale za to idealnie pasują do Idy. Bo Ida, to takie miejsce zagubione trochę w czasie i przestrzeni, nadążające przy tym za nowoczesnością ale ze szczyptą nostalgii.

Miejsce - mała miejscowość, gdzieś na Podlasiu (tutaj nie mam pewności, ale jakoś tam mi pasowała) z pałacem, ekscentryczną hrabiną tworzącą perfumy, lokalnymi problemami, popem i księdzem. Mała dygresja - żona popa ma piękne imię Iwana, ale uparcie nazywana jest przez przyjaciół Aśką.
Książek, w których jest motyw ucieczki z miasta na wieś, szukania swojego miejsca itp. jest całe mnóstwo. Jedne gorsze, drugie lepsze - ta należy to tej drugiej kategorii :).

Po przeczytaniu całej serii jedno mogę powiedzieć - pani Agnieszka Krawczyk ląduje na moje półeczce z książkami obyczajowymi i dołącza tym samym do grona polskich autorek, które czyta mi się z przyjemnością. Jako, że nie przepadam za kryminałami (wyjątek robiłam zawsze tylko dla niezastąpionej Joanny Chmielewskiej) nie miałam jeszcze przyjemności zapoznać się z książkami z tej kategorii pisarki. Jak będę miała okazję, to pewnie do nich zerknę.

Z ciekawostek - bardzo spodobał mi się motyw ogrodu księżycowego. Idea białych roślin oraz rozkwitających nocą z trelem słowika w tle jest bardzo kusząca.

wtorek, 23 lutego 2016

Praktykant - komedia z cyklu tych, co to nawet śmieszne, ale jakoś tak nie do końca


Koncepcja jest fajna - starszy pan - Ben, emeryt, wdowiec przystępuje, znudzony swoim życiem, do stażu w młodej, prężnie rozwijającej się firmie internetowej. Ona - Jules, młoda matka, która opiekując się w domu dzieckiem, wpada na genialny pomysł biznesu i już po chwili zatrudnia 200 osób w tym kilku stażystów.
On praktykant z doświadczeniem, ona jego szefowa napędzana energią i kawą.
Zderzenie dwóch światów jest nieuniknione. Nasz bohater całe życie przepracował w jednej firmie, która drukowała książki telefoniczne i jest dość...hm... analogowy. Wokół niego młodzi ludzie, którzy mają w chmurze wszystko łącznie chyba ze swoimi mózgami. Ale okazuje się, że obie strony mogą nawzajem obdarować się wiedzą i doświadczeniem, które ich wzmocni, nauczy czegoś nowego. Spojrzą na pewne sprawy z innej perspektywy.
Ok. Dotąd mamy całkiem zgrabny film. Ale to nie jest taki film.
To jest komedia. Całkiem zgrabna komedia.
Ale to też nie taki film.
Jaki zatem jest to film?

Feminizujący. Tak, to jest film feminizujący. W domu Jules nastąpiło odwrócenie ról. Ona robi karierę, on zajmuje się córką, chodzi na spotkania do szkoły, na dziecięce przyjęcia, plotkuje z mamusiami, piecze ciasteczka. Mąż doskonały, który porzuca swoją rozpędzoną karierę, żeby żona mogła się realizować w firmie. To Matt przeżywa wszystko to, co spotyka siedzące w domach kobiety - samotność, znużenie, powtarzalność każdego dnia. A przy tym wciąż wyglądają na małżeństwo idealne.
I tu pojawia się zgrzyt. Zgrzyt w ich idyllicznym świecie i zgrzyt moich zębów. Bo mi się to wcale nie podoba. Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam, że powinno być po staremu, ona siedzi z dzieckiem, on pracuje po 14 godzin. Nie w tym rzecz. Chodzi o to cholerne uprawnienie i partnerstwo w związku. Bo partnerstwo i równouprawnienie nie jest łamane tylko wtedy, gdy wszystkie obowiązki domowe spadają na kobietę. Może być i na odwrót! Normalnie jest mi go żal. Skoro byli takim dobrym małżeństwem, on miał świetną pracę (jest, to podkreślone w filmie kilka razy),a ich córka chodzi do szkoły, to dlaczego nie rozwiązali tego inaczej? Gdzie ta słynna instytucja opiekunki do dziecka? Gdzie niania, która odbierze małą ze szkoły? Nie ma. A dlaczego nie ma? Bo trzeba pokazać, że facet jest słaby, a kobieca kariera jest ważniejsza niż wszystko inne. To film ideologiczny i teza musi być poparta faktami.

Przez cały film czekałam aż Ben stanie się kimś więcej niż staruszkiem doradzającym w kwestiach ubioru i sprzątającym biurka. Doczekałam się na sam koniec, gdy mentorskim tonem oświadczył Jules, że dobrze czyni i niech się wszyscy walą, bo najważniejsze jest tylko jej JA. Powiedział to jakoś inaczej, ale gdy wygłaszał swoją mowę końcową myślałam, że doda na koniec coś w stylu: żartowałem, a teraz dziewczyno ratuj swój związek, rodzinę, podziel się z kimś obowiązkami. Ale nic takiego nie nastąpiło.
Rozczarowałeś mnie Ben, a wyglądałeś na takiego miłego, dobrze ubranego starszego pana.

Jest w tym filmie kilka pobocznych wątków, które bardzo wiele mówią o młodych ludziach zapatrzonych w siebie, mających problemy z odróżnieniem świata wirtualnego od rzeczywistego, nie potrafiących wyprowadzić się od rodziców, nie rozumiejących emocji innych ludzi, wychowanych ze smartfonem w ręce, nie mogących ogarnąć przestrzeni wokół siebie. Niestety te wątki są bardzo poboczne i chyba nawet twórcy nie przypuszczają, że otarli się o coś istotnego. A wystarczyło inaczej rozłożyć akcenty w filmie. Bardziej skupić się na zderzeniu dwóch światów - młodego i starego. Myślę, że nadal byłaby to fajna komedia, tylko bez nachalnej, feminizującej otoczki. I szkoda jeszcze z tego powodu, że te poboczne wątki zostały fajnie zagrane, postacie mają w sobie potencjał i budzą naszą - moją sympatię :)

Tym sposobem wychodzi na to, że nawet w głupiej komedii znajdę drugie dno, do którego można się przyczepić.

PS. Byłabym niesprawiedliwa, gdybym jednak trochę nie kibicowała Jules. Na biednej dziewczynie tajemniczy inwestorzy wymuszają zatrudnienie prezesa, który pokieruje firmą, a może nawet ją przejmie. No fakt, niefajnie. Ale skoro mogła na koniec zachować się tak, a nie inaczej, to w sumie po co to wszystko było. Mogła od razu postawić sprawę jasno. Dziewczyna rozkręca biznes od zera, dostaje kredyt zaufania od inwestorów, a potem każą jej szukać prezesa. Dość dziwne.
Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Technologia Blogger.