wtorek, 16 lipca 2013

Wiśniowy sad

Wiecie, jak wygląda rwanie wiśni? Zdarzyło mi się kiedyś pojechać do wiśniowego sadu. W letnie, lipcowe popołudnie siedziałam na drzewie i wrzucałam kolejne czerwone, soczyste kulki do wiaderka. Ubrana w wyciągniętą koszulkę spisaną na straty, nie przejmowałam się pryskającym sokiem. Dłonie lepiły mi się od kurzu i soku. Włosy zaplątywały w gałęzie. Wiśnie dobrze się zrywa, lepiej niż jagody. Pojemniki szybciej się zapełniają, nie trzeba się schylać.
Zajrzałam ostatnio do biblioteki, z której już nie korzystam, gdyż opuściłam rodzinny dom i przeniosłam się dużo dalej. Okazało się, że mam w niej wciąż założoną kartę, wystarczyło tylko zaktualizować kilka danych. Ponieważ przeczytałam już wszystko co przywiozłam ze sobą, sięgnęłam na półkę i zbytnio nie szukając trafiłam na Sad Agnieszki Marciniuk.

Powieść toczy się leniwie, spokojnie, niczym życie w upalny dzień, kiedy prażące słońce obezwładnia i pozbawia sił. Jest to jednak bardzo złudny spokój. Bohaterowie wkraczają na scenę po kolei. Poznajemy ich bez pośpiechu, najpierw spoglądamy na nich oczami Reginy, seniorki rodu, przeglądającej stare zdjęcia, a potem przybywają do starego domu pod lipami ciągnąc za sobą swoje problemy, rozterki, historie. Pretekstem do przyjazdu są zbiory wiśni oraz planowany na koniec wiśniobrania jubileusz. Oprócz rodziny przez karty powieści przewijają się sąsiedzi, przyjaciele, przypadkowe osoby, które najmują się do pomocy w sadzie, by zarobić parę groszy.

Wszystko kręci się powolnym rytmem, nikt tak na prawdę nie podejmuje żadnego działania, pozwalając, żeby wszystko samo się działo.Tylko najmłodsza z dziewczyn pragnie, żeby coś się wydarzyło. Na koniec okazuje się, że to do niczego jej nie prowadzi, nie zmienia jej życia, jak oczekiwała.
Czy książka, w której każdy dzień jest podobny do poprzedniego, bohaterowie zrywają wiśnie i snują się w lipcowym upale prowadząc walkę w swoich głowach może być wciągająca? Może. Z każdym dniem narasta napięcie i emocje zaczynają coraz bardziej buzować. W tle toczą się przygotowania do jubileuszu Reginy, który ma być doskonały, dokładnie taki o jakim zamarzyła - cała rodzina zebrana przy ogromnym stole pod jabłoniami w "starym sadzie". A tymczasem po upalnych tygodniach nadciąga niespodziewana nawałnica...

To co w tej książce najważniejsze dzieje się poza słowami. Marciniuk trafnie oddała klimat wsi latem, gdy wszystko pozostaje zawieszone w rozgrzanym powietrzu. Jest jeszcze przed żniwami, ale już po sianokosach, powietrze drży od upału, pachnie dojrzewające zboże, kurz podnosi przy najmniejszym ruchu. Dla mnie to bardzo znajome obrazki, ale może nie każdy się w nich odnajdzie.
To, że nie jest to prosta i lekka literatura kobieca, którą możemy odłożyć bez zastanowienia na półkę, to relacje między starymi rodzicami, a ich dziećmi i wnukami. W kilku zdaniach i scenkach widzimy córki i syna, którzy zaglądają na chwilę do rodziców, bo mają ważniejsze rzeczy na głowie niż spotkanie rodzinne. Każde z dzieci jest inne, każde inaczej ułożyło sobie życie. Ich drogi rozeszły się, a to co je łączy to stary dom. Ich nerwowe odwiedziny nie trwają długo, nie chcą spotkać ani swojego rodzeństwa, ani przeszłości.  Dom pod lipami, sad i rodzice są tu od zawsze i zawsze można do nich wpaść, żeby spełnić swój obowiązek. A rodzice patrzą ponad nimi, patrzą na stare fotografie i kiwają ze zrozumieniem głowami uśmiechając się przy tym nieodgadnionym grymasem.
Jest w tej książce nostalgia, smutek przemijania, emocje, które ciężko złapać. Ale, czy takie nie jest życie? Trzeba się tylko pogodzić z nieuchronnym i mieć odwagę, żeby dobrze je przeżyć.

Related Articles

2 komentarze:

  1. dziękuję - własnie do biblioteki się wybierałam więc autorkę zapisuję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę :) z tego co się orientuję, to debiut i jedyna książka tej autorki.

      Usuń

Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.