czwartek, 25 lipca 2013

Jedziemy na Mazury

Hej, kochacie Mazury? Lasy, jeziora i łąki? I pola i jeziora, i jeziora, i komary, i ... A byliście na Mazurach? Jak nie byliście to możecie się zabrać w podróż z Katarzyną Enerlich, która oprowadzi was po Mazurach i opowie przy tym poplątaną historię tych ziem i ludzi tu mieszkających kiedyś i obecnie. Autorka Prowincji pełnej marzeń i kontynuacji w Prowincji pełnej gwiazd oraz Prowincji pełnej słońca pochodzi z Mazur, kocha swoją małą ojczyznę i jest jej pasjonatką. Pełna bibliografia do zerknięcia na wikipedii, ciekawie też prezentuje się blog autorki. Wspominam o tych trzech powyższych książkach, ponieważ je udało mi się przeczytać.

Wszystkie trzy opowiadają historię Ludmiły Gold, w życiu której pojawia się Martin, Niemiec, syn byłego mieszkańca tych ziem. I jak to bywa w takich opowieściach jest i miłość, i zdrada, i przyjaźń, i odkrywanie własnej tożsamości, i budowa domu, Żydzi, Polacy i Niemcy. Znalazła się nawet siostra, o której istnieniu Ludmiła nie wiedziała. Jest też próba godzenia przeszłości z przyszłością, śmierć i narodziny. A wszystko to w miłych okolicznościach przyrody.

Cały cykl ma dość specyficzny klimat, trochę sentymentalny. Akcja toczy się powoli i można odnieść wrażenie, że bohaterka wraz ze swoim życiem jest tylko pretekstem do opowieści o prowincji, o Mazurach i historii. Niestety, po przeczytaniu tych powieści wcale nie mam ochoty spakować się i ruszyć do Krainy Jezior. Może właśnie to wspominanie, jak było tu kiedyś pięknie i porównywanie z tym, co jest obecnie mnie zniechęca? Może za bardzo sennie przedstawiła autorka te tereny? Bohaterka snuje się po Mrągowie i okolicy zachwycając się nad prowincją, czystym powietrzem i całą resztą.
Zakochuje się w tym swoim Niemcu, ale w sumie nie wie, czy może jednak nie wolałaby Piotra, swego przyjaciela, który jest trochę jak ciepła klucha. A może dałoby się pogodzić obu? W trzecim tomie pojawia się nowy absztyfikant. Na szczęście nie taki Na-Całe-Życie, tylko idealny do układu - ty u siebie się realizujesz, ja u siebie, a czasem się spotykamy i jest nam dobrze. 

Ogólnie książki czyta się bardzo dobrze. Jest to przyjemna lektura na każdą porę roku. Jeśli wpadną mi w ręce pozostałe powieści autorki, to na pewno po nie sięgnę. Gdyby jednak ktoś mnie zapytał co z opisów Mazur pamiętam z tej lektury, to miałabym jedynie przed oczami obraz snującej się Ludmiły nad jeziorem. Czyli można jechać i się snuć wśród tataraków i trzcin. Co absolutnie nie jest prawdą, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że to przepiękne miejsce warte odwiedzenia i nie ma mowy o nudzie, nawet, jak się nie jest żeglarzem. Ale moje Mazury, to zupełnie inna bajka :) Może po prostu każdy powinien odkrywać je według własnych potrzeb;)

Zdecydowanie za to popieram autorkę, gdy wspomina o ratowaniu drzew. Ktoś, nie wiadomo kto wymyślił, że drzewa przy drodze stanowią śmiertelne zagrożenie dla kierowcy i wymyślił akcję z wycinaniem wiekowych, malowniczych alei. Ilekroć słyszę o tej akcji, to szlag mnie trafia. Nie tylko szpeci się krajobraz, ale pozbawia drogę cienia i odwodnienia, gdyż drzewa nie były sadzone bezmyślnie. To nie drzewa zabijają ludzi, tylko głupota i szybka jazda, często po alkoholu! Zostawcie drzewa w spokoju!

Related Articles

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.