
Nowa książka Krystyny Mirek, to świetny pretekst, żeby w końcu napisać kilka słów o twórczości tej pisarki. Po pierwsze sama autorka jest świetną reklamą swoich książek i dowodem, że wie o czym pisze - jak się bardzo chce to można. A pisze o zwyczajnym życiu, o zwykłych ludziach i uczuciach, które mogą dopaść każdego. Ludziach, których historie może nie kończą się spektakularnym happy endem, ale zostawiają w sercu ciepło i nadzieję, że dopóki sił starcza, dopóki się żyje można wszystko odmienić, pomóc losowi i zmienić bieg swego życia. Czasami ta zmiana, to po prostu spojrzenie na problem z innej strony i znalezienie w trudnej sytuacji pozytywów, które sprawią, że może niewiele się zmieni poza naszym nastawieniem, ale czasami to wystarcza.
Większy kawałek nieba, to właśnie taka opowieść - ciepła, życiowa, wzruszająca. Wprawdzie główną osią historii jest Wiktor i Iga, ale wszyscy pozostali są pełnoprawnymi uczestnikami książki. Autorka nie moralizuje, nikogo nie stawia ponad przeciętność. Wszyscy jej bohaterowie popełniają błędy i dążą do szczęścia, czasami tylko robią to okrężną drogą chociaż wydaje im się, że idą na skróty. Skąd my to znamy, prawda?
Bardzo polubiłam Marysię. Ta starsza kobieta, mająca na utrzymaniu niepełnosprawnego męża, wspomagająca synową z trójką dzieci, mimo wszystkich przeciwności, bez względu na konsekwencje pozostaje wierna swoim wartościom i zasadom. Po drugiej stronie znajduje się Natalia, dziewczyna Wiktora, która żyje udając kogoś kim nie jest. Wprowadzona w błąd tzw. dobrymi intencjami zabrnęła za daleko by się wycofać. Zainwestowała bardzo dużo w związek z Wiktorem woląc nie widzieć prawdy, że to co zbudowali wspólnie ma wątłe fundamenty.
Trudno również nie lubić Olka. Autorka poprowadziła jego postać tak, że bez trudu dostrzeżemy w tym zbuntowanym i opryskliwym nastolatku dzieciaka, który jest po prostu samotny.
No i Iga. Kibicowałam jej całą książkę, czekałam na jakiś cudowny zbieg okoliczności kiedy wystawała pod oknem kamienicy i razem z nią płakałam po wizycie ojca w restauracji. Dlaczego tak się do niej przywiązałam? Może dlatego, że Iga jest po prostu po trochę każdą z nas - dziewczyną szukającą własnego kawałka nieba. Mimo kolejnych kopniaków od życia wstaje, otrzepuje się i jest gotowa walczyć dalej. Ryzykuje mimo, że kolejny upadek może zaboleć jeszcze mocniej.
Wprawdzie Igę i Wiktora bardzo wiele różni, pochodzą z rożnych światów, to w tej powieści liczą się przede wszystkim emocje, uczucia i ludzie, a cała reszta - bieda i bogactwo, to wartość dodana. Mam nadzieję, że uda się im połączyć swoje światy, o czym będzie można się przekonać w kolejnym tomie Wszystkie kolory nieba. Trochę szkoda, że autorka nie zdecydowała się zamknąć fabuły w jednym tomie, ale znając lekkie pióro pani Mirek na pewno dostaniemy książkę pełną niespodzianek. Kilka osób z otoczenia naszych bohaterów musi jeszcze przerobić swoje życie od nowa, by wszystko ładnie się domknęło.
Nie znam wszystkich książek autorki. Przeczytałam któreś z pierwszych oraz coś z ostatnich. Widać, że pisarka doskonali swój warsztat, ale jedno pozostaje niezmienne od początku - pozytywny wydźwięk powieści :)
Na koniec, wyjątkowo cytaty (postaram się nie przepisać pół książki :):
"Przecież odwaga nie jest zarezerwowana tylko dla bogatych. Marzenia i prawdziwe uczucia również."
"Wiele osób zaczytuje się w książkach i ogląda filmy, podziwiając losy innych, i nie wie o tym, że w ich żyłach płynie krew o wiele bardziej niezwykłych ludzi. Warto wiedzieć takie rzeczy, choćby po to, żeby lepiej zrozumieć własne życie."
"Jak często rozwiązania są na prawdę na wyciągnięcie ręki, a człowiek ich nie widzi? Upiera się przy własnej wizji, zamyka w kręgu logicznych, a jednak nieprawdziwych argumentów, wyrabia sobie zdanie wyłącznie na podstawie opinii innych?"
Okładka mnie zauroczyła. Piękny kolor i miła odmiana po tych wszystkich babskich postaciach. Aczkolwiek sądząc po okładce spodziewałabym się trochę innej fabuły. No ale przecież po okładkach się nie sądzi... podobno. Ta bardziej przywodzi mi na myśl jesienną nostalgię, a w książce ewidentnie mamy budzącą się do życia wiosnę, a wraz z nią nadzieję na zmiany na lepsze. Z drugiej strony zasuszone róże są, jak serce Igi, wygląda na martwe, ale w środku wciąż telepie się motyl, wystarczy go wypuścić, by rozwinął skrzydła i wzniósł się do nieba.
W mojej osobistej punktacji: 5/5.
Komentarze
Prześlij komentarz