wtorek, 31 grudnia 2013

Dawno, dawno temu...

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami... znacie to? Pewnie, że znacie, tak zaczyna się prawie każda bajka. A gdyby tak wszystkie bajki wrzucić do jednego wora, potrząsać nim długo, a potem wysypać i zobaczyć co wyjdzie? A potem sklejać po kawałku wszystkie historie zmieniając troszkę tu, a troszkę tam. Kto powiedział, że Czerwony Kapturek nie może się przyjaźnić ze Śnieżką, a Mulan przystać do bandy Robin Hooda? No i, czy te wszystkie księżniczki i książęta, byli na prawdę tacy nieskazitelni? Może Zła Królowa wcale nie chciała być Złą Królową, może marzyła o romantycznej miłości i stadku dzieci, tylko po drodze coś nie wyszło, ktoś się nią posłużył do własnych celów?
Mniej więcej z takiego szalonego pomysłu wyszli twórcy serialu Dawno, dawno temu... (Once Upon a Time).
 W wszystko zaczyna się nie gdzieś, za górami, za lasami, ale w Nowym Jorku. Do drzwi pewnej młodej kobiety puka kilkuletni chłopiec i przedstawia się jej, jako jej ... syn. Mówi coś w stylu: Hej, jestem Henry, a ty jesteś moją matką. Musisz udać się ze mną do Storybrook, zagubionego zadupia w lesie, ponieważ jesteś Wybawicielem mającym przerwać klątwę Złej Królowej. Ach, są tam też tam twoi rodzice, których nigdy nie poznałaś - Królewna Śnieżka i Książe Czarujący w skrócie Czaruś. W ogóle to wszyscy mieszkańcy miasteczka, to postacie z bajek przeniesione mocą królowej do USA. Wszyscy mają amnezję i żyją jako zwykli ludzie, z małym wyjątkiem, Mają nieustający Dzień Świataka. Tak, czas tam stanął w miejscu. Co jeszcze powinnaś wiedzieć? Chmm, w podziemiach biblioteki mieszka potwór, parę osób doskonale zdaje sobie sprawę z tego kim są, oj nie ułatwią ci oni życia. Królowa nienawidzi Śnieżki, twojej matki jakbyś zapomniała, świetnie włada magią i wyrywa ludziom serca, co wcale nie jest jednoznaczne z ich zabijaniem. Nikt nie może opuścić miasteczka i nikt, kto w jakikolwiek sposób nie jest z nim połączony, do niego nie trafi. To jak, jedziemy?
Oczywiście, rozmowa ta przebiegała troszkę inaczej i chwilę trwało zanim Henremu udało się namówić Emmę do odwiedzin w Storybrook. Ale kiedy już panna Swan wraz ze swym synem (którego urodziła w więzieniu i oddała do adopcji) dotrą do miasteczka wydarzenia ruszą lawinowo, aż do dnia w którym ruszy również zegar na wieży biblioteki. Nim jednak tak się stanie, przed Emmą, jej nowymi przyjaciółmi, synem i wrogami rozegra się wiele wydarzeń, które postawią wszystko na głowie. Na głowie stawiają też baśnie i bajki retrospekcje, które w serialu toczą się pobocznym torem obok głównych wydarzeń, a które wyjaśniają nam wiele o motywach postępowania zarówno tych złych, jak i tych dobrych. Chociaż tutaj i zło i dobro przeplatają się ze sobą. Nawet Śnieżka ma swoje drapieżne oblicze, że o Czerwonym Kapturku nie wspomnę. Kogo my tu mamy z najbardziej znanych postaci? Chyba wszystkich, dodatkowo pałęta się parę disneyowskich księżniczek, trochę postaci z klasyki baśni/opowieści, ba, jest nawet Doktor Frankenstein. Główne postacie, będące siłą napędową serialu, to oczywiście Emma - Wybawiciel, Zła Królowa- Regina, burmistrz miasteczka, Rumplestiltskin - Pan Gold, właściciel miasteczka, Śnieżka - Mary Margaret, nauczycielka, Książe Czarujący - John Doe / David Nolan - przez długi czas przebywający w śpiączce, hmm, bardzo długi. No i Henry - jako Henry. Z kolejnym odcinkami i sezonami dochodzą kolejni wrogowie i odkrywane są kolejne tajemnice. Na scenę wkracza również ojciec Henrego, kolejna kluczowa postać. Z ważny dla fabuły postaci jest również Kapitan Hook (ach, słodziak, mrau). Ale on pojawia się już dość wcześnie, dopiero później zaczyna odgrywać poważniejszą rolę i przechodzi swoją przemianę. Jak widać postacie nie są jednowymiarowe i sztampowe, mają w sobie życie i na prawdę da się je polubić oraz przejąć ich losami (z wyjątkiem Henrego, który wyjątkowo działa na nerwy).
Serial poleciłabym każdemu, kto lubi zabawę konwencjami, marzył zawsze o tym, żeby trochę namieszać w bajkach i ma w sobie tą odrobinkę dziecka, wystarczającą, by ponownie zanurzyć się do świata opowieści z dzieciństwa. Serial celuje w odbiorców od 15 roku życia (IMO). Wystarczająco już zbuntowanych, by pogodzić się ze zmianą bajkowych postaci, które dobrze zna i chętnie zobaczy w nowej roli. Kod kulturowy jest jasny, przynajmniej dla wszystkich wychowanych chociażby na bajkach Disneya. Wystarczy znać podstawę programową jeśli chodzi o baśnie by dobrze się bawić.
Powyższe mogłoby wystarczyć do tego, by serial dobrze się oglądało, ale oprócz dobrej historii ma jeszcze inne zalety. Rewelacyjnie, tak nie bójmy się tego słowa - rewelacyjnie został zaprojektowany od strony wizualnej i to zarówno jeśli chodzi o scenografię, jak i o kostiumy. Patrząc na stroje z bajkowej strony opowieści siedzę i nie mogę wyjść z podziwu nad sukniami, fryzurami i biżuterią. Szczególnie garderoba Królowej zasługuje na uwagę. Najlepsze jest to, że twórcy sięgnęli w swoich inspiracjach do rękodzieła, np. ślubna biżuteria Śnieżki, to przepięknie wykonany sutasz.

Nie inaczej jest we wnętrzach, ale tutaj odwrotnie, wnętrza współczesne to prawdziwe perełki. W mieszkaniu Śnieżki znajdziemy na ścianach napis: Original Liquid & Paste Grate Polish Black Bird, a całość jest zrobiona w stylu shabby chic z elementami rustykalnymi (albo odwrotnie). Gabinet pani burmistrz utrzymany jest w dwóch kolorach czarnym i białym. Knajpa prowadzona przez Babcię (od Kapturka) ma motywy leśne z zegarem udającym księżyc w pełni. A to tylko podstawowe lokalizacje akcji. Zadziwia mnie zawsze dbałość o szczegóły jeśli chodzi o produkcje filmowe, czy serialowe USA. Postacie zbudowane są wielowarstwowo, nie tylko przez wydarzenia na ekranie ale i otaczający je świat. Nic nie pozostaje zostawione przypadkowi. Nawet jeżeli w pierwszym odcinku coś przewinie się przez ekran możemy być pewni, że nieznaczący detal wróci i okaże się istotny dla dalszej akcji. Musimy się jeszcze wiele nauczyć. Pytanie tylko, czy nasi rodzimi twórcy zaczną kiedyś traktować widza, jako inteligentnego człowieka i doczekamy się dopracowywania szczegółów. Być może, gdy przejdziemy na wyższy etap tworzenia seriali odsuwając na bok wszystkie M jak... itp. Ktoś może zarzucić, że budżet, jakim dysponują nasze telewizje nijak się ma, do telewizji amerykańskich. Proszę mi wierzyć, z małym budżetem też można stworzyć coś ciekawego. Przykład? Najnowsze seriale brytyjskie. Bez efektów ale dobrze zagrane, z inteligentnymi dialogami i ciekawą fabułą. Da się. 


Jest jeszcze jeden aspekt serialu, o którym chciałabym wspomnieć. Nie wiem na ile było to zamierzeniem twórców, a na ile tak im wyszło. Chodzi o magię. Magia jest w tym serialu wszechobecna, używają jej i dobrzy i źli, chociaż ci źli częściej. A mimo to całość historii ma dla mnie wyjątkowo chrześcijański wydźwięk. Gdy dochodzi do ostatecznej walki, to nie czary i magiczne sztuczki przeważają o wygranej, ale decyzje podejmowane przez bohaterów i miłość. Czym więcej nasze postacie zdają się na magię, tym gorzej im się powodzi. To odwaga płynąca z serca i determinacja dają im wolność i są w stanie przełamać klątwę. To miłość powoduje, że źli odnajdują w sobie empatię i gotowi są do poświęceń. A tchórzostwo nie popłaca (prawda Pinokio?).

Nie ukrywam, że serial mnie wciągnął. Nadmieniłam o kilku elementach, które zwróciły moją uwagę, ale można by o nich napisać dużo więcej. Najpierw trzeba to zobaczyć. Jeśli będziecie mieli okazję dajcie szansę Reginie, Mary Margaret i Emmie oraz krasnoludkom i całej reszcie (wspominałam, że Kapitan Hook to niezłe ciacho ;p?).

Related Articles

1 komentarz:

  1. Jak ja uwielbiam przesiadywać u Ciebie, i czytać, czytać...

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.