niedziela, 9 czerwca 2013

Nazywam się Muszelka

Dziś o książce, która kojarzy mi się z wakacjami, która była ich nieodłącznym elementem, tak, jak to, że gdy przychodziły wakacje pakowałam plecak, wsiadałam w pociąg i jechałam do Cioci. Do miasta, do Cioci jeździłam co roku. Cóż, dla dzieciaka z maleńkiej wioski miasto, to było COŚ! Były tam place zabaw, śliwki mirabelki, działka z tajemniczym dołem na kompost i altanką, kolejne ciocie, specyficzny zapach nagrzanego asfaltu, wieczorne spacery Alejami na Apel Jasnogórski i tysiące innych rzeczy, których nie było na wsi.

Najpierw zawoziła mnie mama, potem wsadzała w pociąg lub autobus, a ktoś z rodziny odbierał, a na koniec jeździłam już sama (będąc jeszcze w podstawówce - wiadomo, kiedyś to były inne czasy ;). Ciocia miała wiele pasjonujących skarbów, ale największy z nich znajdował się w schowku - pudło pełne książek, z których kuzynostwo już dawno wyrosło. Z niecierpliwością oczekiwałam zawsze na moment przyniesienia pudła i otwarcia go. Wśród wszystkich książek, jakie tam leżały, była jedna, która zapadła mi w serce. W każde wakacje czytałam ją od nowa i z tym samym zachwytem oglądałam ilustracje. A potem pokrywałam kolejne kartki nieudolnymi klonami tych zachwycających obrazków. Jeżeli napiszę, że książeczkę zilustrował J.M. Szancer, to chyba będzie wszystko jasne skąd mój zachwyt. Swoją drogą jeśli ktoś się wychował na Szancerze i pozostałych znakomitych ilustratorach, to nic dziwnego, że patrzy z przerażeniem na kolorowe, kiczowate książeczki, które zabijają w dziecku jakąkolwiek wrażliwość. Niestety, te bardziej wartościowe są odpowiednio droższe. Ale nie miało być o tym, o ilustratorach z mego dzieciństwa napiszę osobno :)

Miało być o książeczce, której główną bohaterką jest syrenka. Nazywam się Muszelka autorstwa Holly Bourne to zabawna historia o pewnej mieszkance morza, która trafia w ręce Joasi wprost ze sklepu rybnego.
"(...) Muszę mieć w sklepie uczciwe ryby, zdatne do jedzenia. Jeżeli ktoś się dowie, że handluję syrenami, stracę klientów. Czy zapakować?
Nie czekając na odpowiedź, chwycił pośpiesznie kawałek papieru, owinął syrenkę i ten niestaranny pakunek wepchnął w ramiona Joasi."
 Tym sposobem rodzina Pringle powiększa się o nowego członka, który wprowadza się do akwarium. Nie trudno się domyślić, że Muszelka przeżywa wiele przygód i bywa też niestety utrapieniem dla swych wybawicieli. Na szczęście nadchodzą wakacje, a wraz z nimi podróż nad morze. I cała przygoda się rozkręca, a Muszelka zostaje gwiazdą kurortu. Nagrywa płytę, pozuje malarzowi i ...no przecież nie opiszę wszystkiego co się działo, a działo się sporo :) bo to na prawdę zajmująca książka, która uwiodła mnie w dzieciństwie i wcale nie wydaje mi się, żebym już z niej wyrosła.
A teraz ta zła wiadomość. Mój egzemplarz pochodzi z 1971 roku i jak dotąd nie było wznowienia. Powodzenia w polowaniu! Mam nadzieję, że jeśli kiedyś, jakieś wydawnictwo pokusi się o wznowienie, to z ilustracjami pana Szancera, bez nich to już nie byłoby to. Muszelka pozostanie dla mnie na zawsze idealnym przedstawieniem syrenki, Arielka może się przy niej schować... do ostrygi ;)
 



Related Articles

2 komentarze:

  1. Zielone pomidory tak książka jak i film to moje ulubione. Dlatego chętnie tu zaglądam piękne książki , ilustracje, recenzje i wszystko. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie teksty, poza cytatami, są mojego autorstwa jakiekolwiek kopiowanie nie jest mile widziane. Obsługiwane przez usługę Blogger.