W jednym z rumuńskich miast została przeprowadzona akcja - wszyscy czytający w komunikacji publicznej mogli podróżować za darmo. Taki oto nius usłyszałam w radiu, jadąc do pracy. Pan redaktor prowadzący próbował od razu przenieść to na grunt nasz rodzimy i zastanawiał się jakby coś takiego mogło się sprawdzić w Polsce. Oczami wyobraźni zobaczyłam to poruszenie w tramwaju i nerwowe wyciąganie "dyżurnych" książek z reklamówek, plecaków i toreb w momencie wejścia kanara :) Myślę, że wydania kieszonkowe by się świetnie sprzedawały. Właśnie, a darmowa komunikacja byłaby od jakiego limitu stron? No bo, czy czytając chudego Małego Księcia, który z łatwością się zmieści do torebki, mielibyśmy te same uprawnienia, co na przykład ci dźwigający w torbie Lód Dukaja? Może na cienkie książki tylko bilety ulgowe, a na grube całkowicie za darmo? I jak odróżnić czytających od wyłudzających darmowy przejazd? Kanar odpytujący z lektury? A jaka piękna historia miłosna mogłaby się zdarzyć. ...